Teraz czytasz
Ukochany kraj, umiłowany kraj

Ukochany kraj, umiłowany kraj

Pamiętam czasy, kiedy z dumnym spojrzeniem śpiewało się i taką patriotyczną piosenkę wierząc, że w tym przypadku kraj – to synonim państwa, i że jest to miłość wzajemna. Kraj w tej pieśni był przyjazny,
tworzył i wprowadzał mądre prawa, zawsze ich przestrzegał i stwarzał warunki sprzyjające ich przestrzeganiu przez obywateli.

Potem z tą miłością było gorzej, potem lepiej, a teraz jest znowu gorzej. Cóż robić. Jesteśmy zmienni w uczuciach. A i podmiot tych uczuć zmienia charakter ze spokojnego i przyjaznego, na bardziej zaborczy i represyjny. Relatywnie niewielka grupa obywateli przywłaszcza sobie twierdzenie Ludwika XIV i uważa, że „państwo – to my”.
Przyczyny złego nastroju
Ta „trzymająca władzę” grupa wpadła na pomysł, aby zjednać sobie część „zwykłych” obywateli rozdawnictwem pieniędzy, ułatwiających im utrzymanie dzieci. To dało efekt, w którym ta część obywateli traktuje kraj, – czyli państwo, – jako całorocznego, cywilnego Mikołaja, którego nie koniecznie trzeba kochać, ale wypada go wspierać.
Coraz liczniejsza jest jednak druga część obywateli, którzy tracą nerwy widząc stopniowe zbliżanie się tego państwa do autokracji, lekceważenia prawa, zachowywania się na „międzynarodowej arenie” w sposób kompromitujący i szkodliwy. To państwo, ten ich kraj, zaczyna się im mniej podobać, bo – mówiąc najprościej – stwarza problemy i szuka wrogów tam, gdzie ich niema, a jednocześnie zaniedbuje problemy realnie istniejące. Chwilami można mieć wrażenie, że „trzymający władzę” wpadli w uzależnienie, idą śladem części naszej młodzieży i żyją w świece wirtualnym, lekceważąc materialną rzeczywistość.
Ostatnie miesiące starego roku i początek nowego spędziliśmy nerwowo, przytłaczani kilku dodatkowymi problemami, u niektórych obywateli budzącymi śmiech przez łzy. W moim subiektywnym odczuciu ten płaczliwy efekt był i jest następstwem wielu niezręczności władzy, ale zaczął się od uporczywej i skrajnie bezprawnej ucieczki przed ujawnieniem list poparcia sędziów – kandydatów do nowej KRS – mimo wyroku NSA i żądania sądu w Olsztynie. Potem zdenerwowano nas „przepchnięciem” przez Sejm ustawy dyscyplinującej sędziów, słusznie zwanej „kagańcową”, wspartej licznymi, ale dalekimi od prawdy wypowiedziami przedstawicieli „władzy”.
Niemal równolegle podziwiano humorystyczne manewry związane z „błędnym” powołaniem M. Banasia na stanowisko prezesa NIK.
Ale najwięcej płaczliwej wesołości wywołało święte oburzenie władzy i prorządowych elit spowodowane nieprzyjazną wypowiedzią prezydenta wielkiego sąsiada, który nie został zaproszony na uroczystości rocznicowe, związane z wyzwoleniem przez żołnierzy tego sąsiada obozu koncentracyjnego Auschwitz – Birkenau. Wywołane tym werbalnym konfliktem zamieszanie, spowodowało wymianę dyplomatycznych „uprzejmości”, a potem odwołanie wizyty naszego prezydenta na spotkaniu i uroczystym wspominaniu Holokaustu w Izraelu.
Disce puer ad historiam
Wszystkie te przyczyny mniej ochoczego śpiewania patriotycznych pieśni i „kochania” kraju, zapalały w niektórych środowiskach iskierki wisielczego humoru. Nie każdego jednak denerwuje i rozbawia to samo. Mnie najbardziej kompleks opowieści o postkomunizmie i zabawy w berka z wielkim sąsiadem.
Jako mały żuczek, gnębiony przez narastającą sklerozę, staram się naśladować naszego prezydenta i ciągle się uczę. Zwłaszcza pisanej na nowo historii. W tym okresie szczególną pomocą w nauce były dla mnie monologi niezwykle licznych wiceministrów sprawiedliwości. Prostują oni moją nieuczesaną wiedzę historyczną i rozjaśniają zamglone wspomnienia młodzieńczych lat.
Panowie wiceministrowie są jeszcze młodzi, nie widzieli wojny i nie mogli obserwować kraju przez wiele lat powojennych. Ale trochę poczytali, obejrzeli kilka filmów, posłuchali opowieści starszych patriotów. I doszli wniosku, że już dużo wiedzą i powinni się tą wiedzą podzielić z narodem. Wykłady tych panów są najczęściej kontynuacją pełnych słusznego oburzenia wypowiedzi na temat sędziów, którzy nie tylko kradli kiełbasę i śrubki od wiertarek, ale utrwalali w Polsce komunizm i teraz przekazują swoim młodszym następcom poglądy i zwyczaje z tego okresu. W ten sposób kształtują nowe kadry postkomunistów, którzy domagają się jakiejś niezawisłości i nie chcą słuchać zaleceń grona mędrców z ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie.
Z tych wykładów dowiedziałem się, że w Polsce był jednak komunizm. Wstyd – ale nie zauważyłem tego, sięgając sklerotyczną pamięcią nawet do lat przedwojennych. Jakieś nieudolne i groźne dla obywateli próby siłowego wprowadzania tego, teoretycznie pięknego ustroju, były od 1945 do 1956 roku, ale nie dały oczekiwanych wyników. Potem mówiono raczej o socjalizmie coraz bardziej powiązanym z gospodarką rynkową. A w walce o socjalizm mamy długie tradycje, które ze słuszną dumą akcentuje państwowa telewizja, emitując serial pt. Młody Piłsudski. Prezes Kurski powinien uważać, bo takie uporczywe przypominanie socjalistycznego rodowodu Piłsudskiego i chwalenie socjalistów, może także stać się podstawą zarzutu o sprzyjanie postkomunistom.
Dowiedziałem się także, że mamy muzeum żołnierzy wyklętych, którego zwiedzanie wiceminister sprawiedliwości rekomendował przedstawicielom Komisji Weneckiej. To, że mamy takie muzeum – to bardzo dobrze. W przeciwieństwie do relatywnie młodego kierownictwa ministerstwa znałem kilku takich żołnierzy, zanim stali się wyklętymi. Poznałem ich w czasie Powstania i w obozach jenieckich po powstaniu. Fajni chłopcy, którzy szczerze wierzyli, że trzecia wojna światowa niedługo wybuchnie, i po powrocie z niewoli, jesienią 1945 roku, nawiązywali kontakt z nielicznymi już antykomunistycznymi oddziałami. Tacy uparci. Ale to nie zmienia faktu, że ich istnienie nie ma żadnego związku z działaniem Komisji Weneckiej. I faktu, że były to jednak niewielkie epizody w historii kraju, który wtedy intensywnie próbował się odbudować po wojnie.
Pisałem już kiedyś, że politykę wschodnią uprawiamy w ostatnich latach według doświadczeń zdobytych w przedszkolach. Gniewamy się. Ciągle mamy historyczne pretensje, likwidujemy pomniki, zmieniamy nazwy ulic, jeśli tylko przypominają wielkiego sąsiada lub naszą rodzimą „lewicę”, która przecież sąsiadowi sprzyjała. Potem dziwimy się i wpadamy w oburzenie, że wypominają nam i wyolbrzymiają fakty i plotki historyczne. Zapominamy, że nie ma narodu i państwa, które by nie miało w „życiorysie” zarówno momentów niekwestionowanej chwały, jak i świadomych i przypadkowych błędów, czasem dotkliwych dla innych narodów i państw, a także własnych obywateli.
W tej zapiekłości nie czynimy żadnych gestów, które mogłyby stopniowo załagodzić konflikty i poprawić stosunki. A okazji do takich gestów jest sporo. Była nim wspomniana rocznica wyzwolenia obozu oświęcimskiego, będzie majowa rocznica zakończenia II wojny światowej. Nie znam się na niuansach polityki zagranicznej, ale rozumując logicznie nie widzę ważnych powodów, niepozwalających naszemu prezydentowi na obejrzenie defilady w Moskwie. Tym, bardziej, jeśli tym razem pokaże się tam kilku przywódców „zachodu”. I odkłamując historię powinno się przypomnieć, że to właśnie my, wspólnie z armią radziecką, zdobywaliśmy Berlin.
Każdą okazję
Dobre stosunki z Rosją od lat utrzymują Węgry, mimo, że też mają poważne „rachunki krzywd”. Ale przyglądam się z zaciekawieniem, jak nowy prezydent Ukrainy wykorzystuje niemal każdą okazję do poprawiania tych relacji. Ma aktualnie znacznie gorszą sytuację i lokalną wojnę na wschodzie kraju, ale rozmawia z prezydentem Putinem, doprowadza do wymiany jeńców, zmniejsza intensywność walk w Donbasie, uspakaja zadrażnienia w kluczowych stosunkach gospodarczych – zwłaszcza dotyczących ropy i gazu.
Ci okropni sędziowie
Dla naszego przeciętnego obywatela stosunki zagraniczne są ważne, ale mimo wszystko bardziej go obchodzą problemy wewnętrzne. Jeśli tenże obywatel ogląda nawet tylko programy państwowej telewizji i od czasu do czasu przeczyta jakąś gazetę, to może dojść do wniosku, że rząd ma tylko jeden problem – sądy i sędziów. Sędziowie są okropni. Nie chcą się słuchać władzy, ciągle mówią o jakiejś niezawisłości i niezależności, w większości zostali wychowani przez komunistów – a więc są postkomunistami. Wprawdzie czołowi reprezentanci władzy byli wychowywani w tym samym czasie, chodzili do tych samych szkół i uczelni, robili doktoraty pod opieką tych samych profesorów – komunistów, ale nie dali się psychicznie zniewolić. Wiedzą, że dobre dla kraju są tylko rządy prawicy i nawet, jeśli w czasach lewicowych byli prokuratorami, to dzisiaj są niezawodnymi motorami przemian. Rozróżnienie jest proste. Jeśli ktoś – a zwłaszcza sędzia – popiera prawicę i jej rząd, to znaczy, że się nawrócił. Jeśli nie popiera – to widocznie mentalnie tkwi nadal w głębokim komunizmie. Mimo, że go nie było.
Taka postawa szeregowego urzędnika w gminie, kasjera w supermarkecie, mechanika w serwisie samochodowym jest przykra dla działaczy prawicy, ale – poza wyborami – nie ma większego znaczenia. Ale taka postawa sędziów, to poważna sprawa. Robią bałagan legislacyjny, mogą kwestionować niektóre wyroki wydawane przez sędziów powołanych na wniosek nowej KRS, której utworzenie ma – ich zdaniem – wady prawne. Ale to drobiazg wobec możliwości orzekania w sposób niezgodny z życzeniami władzy wykonawczej, surowego karania zwolenników władzy i łagodnego jej przeciwników – oczywiście także postkomunistów. No i ci niesforni sędziowie, wspomagani przez niechętnych szczerej i patriotycznej prawicy polityków, donoszą na nasz ukochany kraj do innych krajów i międzynarodowych organizacji, psują nam opinię, mogą zakłócić płynność w przyznawaniu nam finansowych zastrzyków wspomagających.
To straszne. Do pełnego nieszczęścia jeszcze brakuje, żeby ta Olga, która dostała Nobla, tendencyjnie opisała obecny okres naszej walki o dobre zmiany, w jakiejś następnej powieści.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry