Teraz czytasz
Nasza historia jest porozbijana jak dzban

Nasza historia jest porozbijana jak dzban

– Ojciec chciał, żebym studiował medycynę i mówił, że lekarz nigdzie nie zginie, ale ja postanowiłem zostać aktorem, bo kolega mi powiedział, że w szkole filmowej są fajne dziewczyny – z reżyserem Romanem Załuskim, twórcą m.in. filmu „Zaraza” (1971), rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Podobno Pana życiorysu starczyłoby na kilka nienajskromniejszych egzystencji ludzkich…
Rzeczywiście, nie mogę się uskarżać na brak wrażeń i przeżyć. Myślę, że moim życiorysem mógłbym obdzielić kilku ludzi.
Przepraszam, pochodzi Pan z tego słynnego rodu Załuskich, głośnego oficerami, pamiętnikarzami, bibliofilami, biskupami?
Tak. Bujny to był ród.
Co Pan wyniósł ze szkół i internatów klasztornych, w których spędził Pan kilka lat dzieciństwa i młodości?
Znalazłem się w nich, u pijarów, kamedułów i orionistów jako półsierota. Stałem się zdecydowanym agnostykiem, choć bardzo mile wspominam jednego z moich wychowawców, późniejszego arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego. Zdarzały się nawet przygody, jak ta z ulicy Barskiej na Ochocie, przy kościele świętego Jakuba, gdy pomagałem koledze uciec z internatu. Wcześniej znalazłem się jako małe dziecko na Syberii, na Uralu. Ojciec poszedł do lasu w ramach wileńskiej AK, a ja po śmierci matki znalazłem się pod opiekąˆjej koleżanki, nauczycielki. Mieszkaliśmy w drewnianej chatce leśnej, w której codziennie, w szczelinach podłogi znajdowaliśmy kopce kretów. Byłem też w jakiejś radzieckiej ochronce. Tam, nie wiem jak, znalazła nas ciotka i jakoś w końcu powróciliśmy do Polski. Pamiętam przeprawę w Grodnie przez Niemen, na którego powierzchni pływały wzdęte trupy koni. W Grodnie była Armia Czerwona i w ciotce zakochał się pewien lejtnant, który nie chciał nas puścił. Stamtąd dotarliśmy z wojskiem polskim do kraju, do podlubelskiej Wąwolnicy. Zamieszkaliśmy tam chyba w jakiejś piekarni. Stamtąd dotarliśmy do Krakowa, do jakiejś innej ciotki i tam zacząłem chodzić do szkoły. Ojciec chciał, żebym studiował medycynę i mówił, że lekarz nigdzie nie zginie, ale ja postanowiłem zostać aktorem, bo kolega mi powiedział, że w szkole filmowej są fajne dziewczyny.
Chciał Pan iść śladem gwiazd z ulubionych filmów?
Ach, co to były za filmy! Jakieś przygody Tarzana. Bardziej nęciło mnie wyobrażanie sobie jak bym się zachował w takiej czy takiej sytuacji i jak bym to zagrał. Zastanawiałem się n.p. nad tym czy potrafiłbym się rozpłakać na zawołanie.
Jakie życie pędził Pan w szkole filmowej w Łodzi?
Bieda i szarzyzna. Miałem maleńkie stypendium. Trochę mi pomagał ojciec, ale nie każdego miesiąca. Raz w miesiącu chodziliśmy do kawiarni „Malinowej”, żeby trochę podjeść lepszego jedzenia, a na co dzień było marnie. Dorabialiśmy robieniem zdjęć dzieci w przedszkolach. Ja akurat byłem zaprawiony w biedzie na Syberii. To, co charakteryzowało nasze życie, to brak wiedzy o świecie i zamknięcie. Bardzo późno dowiedzieliśmy się n.p. o istnieniu paryskiej „Kultury”. Mnie jednak najbardziej interesowała kwestia filmowego rzemiosła i je właśnie starałem się przede wszystkim zgłębiać.
Czy wybór tematyki społecznej, obyczajowej, realistycznej, która dominowała w pierwszym okresie Pana pracy reżyserskiej, był rozmyślny?
Poniekąd tak. Takiej tematyki w polskim kinie było zawsze, wbrew pozorom, bardzo mało. Byłem zafascynowany realizmem filmów Milosza Formana i bardzo mnie to inspirowało. Popularność tego rodzaju kina, gdy telewizja prezentowała bardzo ubogi program, była ogromna. Moja „Anatomia miłości” zgromadziła w ZSRR 54 miliony widzów.
No właśnie, „Anatomia miłości” z ciekawymi kreacjami Barbary Brylskiej i Jana Nowickiego wydaje się ciągle pozostawać niedoścignionym filmem o miłości, jako że taka tematyka w Polsce rzadko się udaje. Dlaczego?
Na to pytanie nie potrafię panu odpowiedzieć. Może to kwestia naszej tradycji, w której dominowała walka o wszystko i nikt długo nie miał głowy do zastanawiania się nad miłością?
A nie dostrzega Pan w polskiej tradycji niechęci do normalnego, zwykłego realizmu , który uważa się za niegodny artyzmu, za zbyt przyziemny? Polska sztuka zawsze żywiła się kompleksami, a realizm sprowadzał do banalności. William Faulkner potrafił banalność życia przetworzyć w fascynującą literaturę. Potrafili to też wspaniale artyści czescy, jak Forman, Chytilowa czy Menzel.
Dla mnie jest to raczej kwestia braku metody, klucza do pokazania problemu. Uważam, że jeśli znajdę właściwą metodę zrobienia ciekawego, zajmującego filmu o krześle, to go zrobię. Poza tym w Polsce trudno zrobić realistyczny film społeczny, bo to wymaga ciągłości historycznej a historia tego kraju jest porozbijana jak dzban. To dlatego między innymi w Polsce nigdy nie było „kina środka”, lecz albo zadęcie na wielkie sprawy, albo jakieś marginesy. Ta do niedawna modna skłonność do robienia filmów o ludziach z marginesu czy o niepełnosprawnych umysłowo, jakichś jurodiwych, zdumiewała mnie. Z takimi ludźmi trudno się na ogół widzom identyfikować. Ja starałem się problemy społeczne pokazać nawet w moich komediach takich jak „Kogel mogel”.
Zaczynał Pan od filmów realistycznych, od dramatów. Skąd wziął się ten przeskok do komedii?
W połowie lat osiemdziesiątych pojawił się dobry klimat dla tego gatunku, zapotrzebowanie społeczne na lżejszą tematykę. Odegrał rolę także czynnik ekonomiczny, kasowy, który wtedy zaczęto w większym niż dotąd stopniu brać pod uwagę. Namawiano więc reżyserów i zespoły do robienia filmów dla szerszej publiczności, zabawnych, o lżejszej tematyce. W 1985 roku zrealizowałem komedię według scenariusza Ilony Łepkowskiej „Och, Karol”. Wtedy akurat zaczęła być w Polsce szerzej eksponowana tematyka erotyczna, wcześniej traktowana w naszym kinie na ogół trochę półgębkiem, wstydliwie, aluzyjnie, jak to w realnym socjalizmie w tamtych czasach. I ta komedia o przygodach uroczego, lekkomyślnego uwodziciela wpisała się w tę tematykę, w tamten klimat, naówczas pionierski poniekąd, a nawet, jak podejrzewam, po części ją inspirowała. Z kolei „Kogel Mogel” był komedią, ale w poetyce bardziej realistycznej, obyczajowej a nie farsowej. Także w nim dużą rolę odgrywała tematyka miłosna, uczuciowa, erotyczna. Mówił też coś o przemianach obyczajowych na wsi tamtych czasów. „Kogel Mogel” cieszył się tak dużą popularnością wśród widzów, że powstało zapotrzebowanie na kontynuację opowieści o losach bohaterów, więc zrobiłem „Galimatias czyli Kogel Mogel II”. Oba „Kogle mogle”, według scenariusza autorstwa Ilony Łepkowskiej i mojego zrobiłem jeden po drugim, w 1988 i 1989 roku. Jak widać późniejsza popularność Ilony jako scenarzystki telewizyjnych seriali zaczęła się w tamtych czasach. Chcę też powiedzieć, że jako – od wielu lat – mieszkaniec osady w lasach warmińskich, krainy pod Iławą, doświadczam sympatii ludzi tam mieszkających, którzy lubią oba „Kogle Mogle” i okazują mi to z serdeczności. Myślę, że dlatego, iż są to po trosze filmy o takim życiu, jak ich własne życie. Dzięki tym komediom chodzę po mojej krainie jak król. Będzie jednak jeszcze trudniej o dobry realizm, bo do głosu doszło pokolenie, które nic nie przeżyło i które wiedzę czerpie z internetu, będącego wielkim śmietniskiem.
Może wstrząsowym przeżyciem dla tego pokolenia będzie epidemia korona wirusa? W 1972 roku zrealizował Pan film „Zaraza”, o wybuchu ogniska epidemii „czarnej ospy” na Dolnym Śląsku. Jak pamięta Pan tę realizację?
Jako normalną realizację filmu, choć starałem się nadać filmowi klimat i rytm zbliżony do filmu dokumentalnego, w scenerii Wrocławia i podwrocławskiej miejscowości Szczodre. Film był nie tyle kroniką walki z epidemią, ile dramatem społecznym o ludzkich postawach, w tym o postawach władzy. Główny bohater, doktor Rawicz grany przez Tadeusza Borowskiego pierwszy wykrywa zakażenie, pierwszy podejmuj walkę, ale po jej wygraniu to inni, a nie on wystawili piersi do odznaczeń.
Kino było najważniejszą sprawą w Pana życiu?
Otóż nie. Nawet nie miałem mistrzów zawodu. Szedłem zawsze swoją odrębną drogą. Ogromnie ceniłem Jerzego Kawalerowicza, bo uważałem go i uważam za największego mistrza polskiego kina, ale nigdy bym tak jak on nie oddał filmowi całego siebie. Uważałbym to za rodzaj ograniczenia, ściśnienia. Czymś ważniejszym było dla mnie samo życie, chociaż od lat żyję życiem na pół pustelniczym, samotniczym, w lasach pod Iławą, zwaną czasem „bramą Mazur”. A wszystko to wynika z mojego stosunku do świata i ludzi.
Dziękuję za rozmowę.

Roman Załuski – ur. 10 grudnia 1936 w Lidzie na Kresach, reżyser filmowy i scenarzysta. Debiutował jako samodzielny reżyser w 1970 filmem „Dom”. Zrealizował szereg filmów realistycznych, m.in. „Kardiogram” (1971), „Zaraza” (1972), „Anatomia miłości” (1972), „Godzina za godziną” (1974), „Znaki szczególne” (1976), „Azyl” (1978), „Wściekły” (1980), „Jeśli się odnajdziemy” (1982). Popularność przyniosły mu komedie obyczajowe z ostatnich utrzymane w stylu burleski „Wyjście awaryjne” (1982), „Och, Karol” (1985), „Kogel-mogel” (1988), „Galimatias, czyli Kogel-Mogel II” (1989), „Komedia małżeńska” (1994).

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry