Teraz czytasz
Nasze piramidy

Nasze piramidy

Coraz częściej łapię się na tym, że zazdroszczę naszemu premierowi.

To brzydkie uczucie nasila się wtedy, kiedy pan premier raczy zaszczycić swoją obecnością jakieś niewielkie miasto i wygłasza tam motywujące przemówienie.
Schemat patriotycznych przemówień
Przemówienia pana premiera niemal zawsze składają się z trzech części. Najpierw premier chwali miejscowych obywateli i ich aktyw za coś, co właśnie zrobili, robią albo będą robić. Potem z narastającym wzruszeniem pan premier wspomina, że w swoim życiorysie ma okres, w którym pracował w czymś takim, co oni właśnie mają uruchamiać, albo miał styczność z tymi, którzy w tym pracowali. W końcu przechodzi do części trzeciej, roztaczając przed zebranymi obraz powiązanych z tym dziełem planów jego rządu, których realizacja wprawi ich w stan wiecznej szczęśliwości.
Ta trzecia część składa się głównie z bardziej odległych obietnic inwestycyjnych o rozmiarach, przekraczających wyobraźnię przeciętnego obywatela, przytłaczających go swoją wielkością. Sądzę, że pan premier, kierujący nim zdalnie zwykły, ale najważniejszy poseł i ich współpracownicy, wchodzą przy tym na znaną z historii ścieżkę tworzenia dowodów chwały. Pozostawienia po sobie czegoś, potrzebnego lub niepotrzebnego, ale wzbudzającego podziw także następnych pokoleń. Sądzę także, że bardziej inteligentna część współczesnych, na których spadnie wysiłek tworzenia tych dowodów, ma podobne wątpliwości, jakie zapewne mieli starożytni Egipcjanie i ich niewolnicy. Piramidy w Gizie, a zwłaszcza strzegący je sfinks leżący w pozycji tygrysa lub kota, budzą podziw turystów. I zapewne będą go budziły nadal za następne tysiąc lat, – jeśli ich nie zadepczemy.
Jak widać – chęć stworzenia czegoś unikalnego, albo przynajmniej największego, i pokazania światu tego dzieła, towarzyszyła ludzkości, co najmniej od kilku tysięcy lat przed naszą erą. Była i jest częścią instynktu przetrwania. U jednych słabsza, u innych silniejsza. Przypuszczam, że u pana premiera i zapewne niektórych jego doradców musi być bardzo silna, jeżeli swoimi planami inwestycyjnymi, organizacyjnymi i postępu technicznego wprawiają nas niekiedy w osłupienie.
Znam kogoś, kto z nudów liczy zarówno ogólnopolskie jak i lokalne obietnice premiera. Przekroczył już dwadzieścia. To mnie oszołomiło tym bardziej, że o wielu z nich nie miałem pojęcia. Jako minimalista pamiętam tylko o kilku najważniejszych i najbardziej kosztownych, w których optymizm premiera walczy z racjonalnym spojrzeniem byłego bankowca.
Coś największego
Największą, współczesną, polską piramidą ma być tzw. centralny port komunikacyjny. Już nie tylko lotniczy – jak nazywano go wcześniej – ale kompleksowy, integrujący także komunikację kolejową i drogową. Budowa ma się zacząć w 2022 roku, trwać 7 lat, zajmować ponad 3 tys. hektarów i kosztować około 35 miliardów złotych. Czyli w praktyce, zgodnie z naszymi doświadczeniami, co najmniej 40. Informacje o przepustowości samego portu lotniczego są zmienne, ale najczęściej powtarza się liczba 45 ml. pasażerów rocznie. Skąd taka liczba w kraju o 38 ml. Ludności? Ano stąd, że port ma się stać centralnym lotniskiem przesiadkowym dla Europy Wschodniej i Środkowej.
Koncepcja stworzenia tego portu, jako głównej piramidy dorobku rządzącej obecnie partii i jej rządu, bardzo mnie podnieciła. Rozmawiałem o tym z wieloma znajomymi, ale nikt nie potrafił mi odpowiedzieć rzeczowo na jedno pytanie.
W Berlinie, z ponad 10 letnim opóźnieniem, mają w końcu roku oddać do użytku nowe lotnisko Berlin – Brandenburg, Także „największe w tej części Europy” i obsługujące 45 mln pasażerów. Jego uruchomienie miało pozwolić na zamknięcie starych trzech lotnisk berlińskich, ale już z tego zrezygnowano. Łączna wydolność lotnisk berlińskich położonych relatywnie blisko siebie, przekroczy zapewne 70 ml. pasażerów. Skąd więc pewność, że linie lotnicze i pasażerowie będą wybierać nasze lotnisko, a nie berlińskie? Czesi, Słowacy, Węgrzy i Bułgarzy mają niewiele bliżej do Warszawy, niż do Berlina. Nasze lotnisko wejdzie na ukształtowany rynek o 7-10 lat później niż berlińskie. Odbieranie mu klientów będzie wymagało oferowania dodatkowych udogodnień, a przede wszystkim niższych cen. I to przy optymistycznym założeniu, że nikt nie będzie w tym regionie budował mniejszego lotniska, ale zaspakajającego część lokalnych potrzeb. To jednak ryzykowne założenie, bo każdy lubi mieć własne piramidy. Międzynarodowy Port Lotniczy im. W. Havla w Pradze jest stale modernizowany i rozbudowywany. Obsługuje teraz ok. 18 ml. pasażerów i chce zwiększyć przepustowość w najbliższych latach do 22 – 24 milionów.
Elektrycznym samochodem na prom
Drugą obiecaną przez premiera piramidą naszych sukcesów były elektryczne samochody, w których produkcji mieliśmy uczestniczyć i których co najmniej milion miało już w 2025 roku zapełnić nasze drogi. Premier stara się już na ten temat nie zabierać głosu, ale z rządu wychodziły stopniowo ograniczające tą obietnicę informacje. „Polski samochód elektryczny” miały produkować niemieckie firmy działające na polskim terytorium. Stan prac nad tym pojazdem przestał być publicznie omawiany, chociaż podobno „coś się robi”. Na rynku są dostępne samochody elektryczne kilku marek i liczy się, że w 2030 roku będzie ich jeździło ok. 300 tysięcy. Ta piramida premiera radykalnie zmniejszyła rozmiary i może być realna, jeśli rząd doprowadzi do zmniejszenia relatywnie wysokich cen tych samochodów. Z tym, że będą to jednak pojazdy importowane – zapewne głównie z Francji, Japonii Niemiec i z od kilku lat budzącej zdziwienie rumuńsko – francuskiej Dacji. Uruchomienie produkcji na naszym terenie, – jeśli w ogóle będzie się opłacało Polsce i niemieckiemu producentowi – musi potrwać kilka lat.
Wpadłem też w zachwyt, jak w 2017 roku pan premier, jeszcze w roli wicepremiera, stukał młotkiem w blachę stanowiącą część stępki promu, który miał być początkiem serii takich statków obsługujących naszą żeglugę morską, budowanych w szczecińskiej stoczni. Stępka stoi do dzisiaj, ale promów nie widać. Mój zachwyt obietnicą tej piramidy był od początku podszyty wątpliwościami, co do jej realności. Budowa statków pasażersko – towarowych jest znacznie trudniejsza niż „prostych” rudowęglowców czy nawet kontenerowców. Dlatego o tej piramidzie sukcesu już się nie mówi i trudno się dowiedzieć, czy w ogóle do niej się wróci. Konkurencja stoczni niemieckich i norweskich ma zresztą wiele instrumentów pozwalających na blokowanie wejścia jeszcze jednego podmiotu na ten wąski rynek.
Kanał
Te trzy wielkie piramidy polskiego sukcesu nie eliminują inicjatyw budowy mniejszych, o lokalnym znaczeniu. Jeśli pominiemy denerwującą sprawę mieszkań, to na czele tych mniejszych jest kanał przecinający mierzeję wiślaną, który – przynajmniej w założeniach – ma przynieść kilka pozytywnych efektów. Pozwoli na korzystanie z portu w Elblągu trochę większych jednostek, skróci im drogę z otwartego morza, odbierze Rosjanom monopol zezwoleń na wpływanie na zalew wiślany przez cieśninę Pilawską i będzie turystyczną atrakcją. Wprawdzie nie ma jeszcze kompletu zezwoleń na budowę kanału, ale z charakterystyczną dla nas radością wyrąbano odpowiedni pas lasu i coś się kopie. Koszt budowy tej piramidy nie jest tak szokujący, bo ocenia się go na niecały miliard zł. Jest mnóstwo zastrzeżeń dotyczących tej inwestycji poczynając od wątpliwości ekonomicznych, a kończąc na negatywnym wpływie na środowisko naturalne. W argumentacji „za” zapomina się czasem, że statki płynące do Elbląga z krajów bałtyckich położonych na północ od naszych granic będą nadal miały bliżej przez szeroką i głęboką cieśninę Pilawską. Rosja dotychczas ograniczała udostępnianie tego toru wodnego, ale to się może zmienić. Militarne przyczyny tych ograniczeń mogą okazać się słabsze od satysfakcji, że drogą legalnej konkurencji zmniejszą nam opłacalność budowy kanału. Opłacalność nieco iluzoryczną, bo tylko czasem i delikatnie wspomina się, że z kanału będą mogły korzystać tylko niewielkie jednostki. Ale nie musimy się martwić. W symbolicznym rozpoczęciu budowy brali udział notable wysokiego szczebla, z nadzwyczajnym, zwykłym posłem, włącznie. Ta piramida zapewne powstanie, nawet „bez żadnego trybu”.
Znaki pamięci
Poza piramidami sukcesu ciągle przypominamy sobie o chwalebnych zdarzeniach, które powinny być upamiętniane małymi piramidkami pamięci – czyli pomnikami. Często powstają one z trudem, walcząc z przeciwnościami losu. Prawie zawsze są kłopoty z lokalizacją, którą proponują inicjatorzy, ale która nie podoba się burmistrzom i prezydentom miast. Oni proponują inną, oczywiście mniej „godną”. Potem rodzi się z trudem projekt, który najpierw się chwali, a po zrealizowaniu krytykuje. Klasycznym przykładem jest pomnik ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem, wybudowany na placu Piłsudskiego w Warszawie w formie prowadzących „do nikąd” schodów. Obawiam się, że podobny los może spotkać projektowany pomnik Bitwy Warszawskiej 1920 roku.
Jestem pewien, że przeszkody formalne, wątpliwa celowość i opłacalność, a tym bardziej moje złośliwe uwagi, nie zatrzymają procesu tworzenia polskich piramid i piramidek. Są politycznie potrzebne, bo podniecają patriotyczne uczucia suwerena. Na to nie zabraknie pieniędzy, mimo, że brakuje ich na doprowadzenie służy zdrowia do europejskiego poziomu. Taki mamy charakter. Widoczny w starym powiedzeniu „zastaw się a postaw się”. Możemy zresztą mieć nadzieję, że Polska stanie się kolejną turystyczną Mekką. Zwiedzanie naszych piramid będzie niemal obowiązkiem każdego kulturalnego człowieka. Piramidy w Gizie zejdą na drugi plan i płaczliwe miauczenie rozżalonego sfinksa będzie słychać w śródmieściu Kairu.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry