Teraz czytasz
Nie o kinie, choć o Lublinie w II RP

Nie o kinie, choć o Lublinie w II RP

„W przedwojennym Lublinie czuło się samotność miasta przysiadłego nad łąkami, słychać było echa i szepty 600-letnich dziejów, turkot furmanek i bicie dzwonów z 30 kościołów”.
W mieście rozbrzmiewały hejnał z Bramy Krakowskiej i strzelające korki szampanów w resursach i kasynie oficerskim. Była bieda i bogactwo, medale za sieczkarnie i młockarnie, vetterowskie piwo i słód. Lublin miał szyk i urodę lublinianek, dzielność lubelskich pilotów, smak cebularzy i makagigów, moc koniaku Carcheu, chłopskiej wódki i babskiej malinówki. Na Podzamczu i Wieniawie słychać było nieustanny izraelicki gwar, a za zamkniętymi bramami na Starym Mieście rosło ciasto chlebowe.
Mieszkańcy fascynowali się Ordonką i Smosarską, poeta Łobodowski bezlitośnie krytykował nogi Marleny Dietrich w swoich recenzjach filmowych. Arnsztajnowa i Czechowicz przeobrazili tamtą metropolię – miasto starych kamienic – w poemat o nim samym” – czytamy we wstępie do albumu Marty Denys o „Lublinie między wojnami”, opowieści o życiu miasta w latach 1918-1939.
Przypominam sobie co jeszcze zostało z tego przedwojennego w Lublina w moim rodzinnym Lublinie lat sześćdziesiątych, czyli latach mojego dzieciństwa. Na pewno nie Marlena Dietrich, koniak Carcheu czy dzielni piloci. Jednak jeszcze z mojego najwcześniejszego dzieciństwa, przełom lat 50-tych i 60-tych oraz następnych, pamiętam obfitość podmokłych łąk w mieście i poza nim, smak cebularzy, turkot furmanek i dorożek wraz z kląskaniem podkutych kopyt końskich (tych pojazdów w latach sześćdziesiątych było jeszcze w Lublinie mnóstwo), który pozostał w mojej pamięci jako jeden z najbardziej charakterystycznych dźwięków dzieciństwa.
Dzwony z kościołów też biją, tym bardziej że dziś jest ich co najmniej dwa razy więcej niż przed wojną. Jest też vetterowskie – poniekąd – piwo z Lublina, dziś „Perła”, napój o naprawdę unikalnym, ciekawym, gorzkim smaku, w moim dzieciństwie występujący jako piwo „Pełne” i „Trybunalskie”. Było też pewnie w atmosferze kin do których chodziłem, coś z nastroju kin przedwojennych, tym bardziej, że nieistniejące od dawna kino „Wyzwolenie” określano w moim domu rodzinnym wyłącznie przedwojenną nazwą „Apollo”. Sieczkarnię i młockarnię lubelskiej fabryki maszyn rolniczych pamiętam z gospodarstwa wiejskiego mojej ciotki w Kosarzewie.
Album Marty Denys, przebogato i bardzo interesująco ilustrowany fotografiami z epoki jest, wraz z towarzyszącym im tekstem opisowym, historią Lublina w XX-leciu międzywojennym, historią przede wszystkim społeczną, historią codzienności pokazanej poprzez instytucje i firmy, które tę codzienność organizowały i współtworzyły.
Możemy zatem przeczytać, w kolejnych bogatych w treść rozdziałach, m.in. o władzach miasta i o województwie, o życiu religijnym, przemyśle, architekturze, pomnikach, mieszkalnictwie, wodociągach i kanalizacji, gazie, telefonach, poczcie, bankach, komunikacji, kolei, szpitalnictwie, policji, handlu, modzie, gastronomii, kulturze, prasie, oświacie, a także o prostytucji.
Jak każdy album z odległej epoki ogląda się i czyta tę edycję z przyjemnością charakterystyczną dla kontaktów z dokumentami czasów dawnych – zawsze zastanawia nas, a bywa że zdumiewa, jak zmienia się świat, po części na naszych oczach, jak „przemija postać świata”.
Kto zna Lublin, ten przeczyta ten album z naddatkiem wynikającym z pamięci własnej. Kto go nie zna, pozna naprawdę interesujące i w pewnym stopniu unikalne polskie miasto. Przyznam, że unikalność Lublina, jego specyficzny klimat i nastrój doceniłem dopiero po wyprowadzeniu się z niego. Dziś, mając większą niż kiedyś skalę porównawczą doceniam nie tylko jego oryginalne właściwości, ale także urodę urbanistyczną zwłaszcza historycznego centrum.
Wracam do ikonografii albumu, na który składają się nie tylko fotografie osób, obiektów i miejsc (mnóstwo obiektów i miejsc dobrze mi znanych, ale dziś mniej czy bardziej, a często zupełnie odmienionych, także tych, których już nie ma), ale także zdjęcia afiszy teatralnych i filmowych, dokumentów, banknotów, bankowych papierów emisyjnych, fragmentów starych planów miasta, folderów reklamowych, ulotek, kwitów, etykietek towarowych, stron gazetowych, etc.
Naprawdę frapująca to lektura, nie tylko dla lublinian, bo przecież dzieje „starożytnego grodu Lublin”, to fragment historii Polski.
Marta Denys – „Lublin między wojnami. Opowieść o życiu miasta 1918-1939”, Księży Młyn, Dom Wydawniczy, Łódź 2010, str.146, ISBN 978-83-7729-018-7

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry