Teraz czytasz
„Oskarżam” Romana Polańskiego

„Oskarżam” Romana Polańskiego

Recenzenci filmowi wyręczyli mnie sowicie, więc pominę wypisy z historii dotyczące „sprawy Dreyfusa”. Zresztą na temat tego jednego z najbardziej brzemiennych w skutki wydarzeń z historii Francji przełomu XIX i XX wieku można przeczytać w licznych, a właściwie nieprzebranych źródłach, których pełne są zarówno biblioteki, jak i internet. Zajmę się więc niemal wyłącznie filmem Romana Polańskiego jako takim. Zacznę od góry, czyli od tytułu.

Gdy kilka lat temu Polański przygotowywał się do realizacji tego tematu (a miała mieć ona pierwotnie miejsce w Polsce) pojawił się wstępnie tytuł „D”. Był on jednak w swej lakonicznej ekstrawagancji tak nieczytelny, że nawet we Francji, ojczyźnie Dreyfusa, mógłby być niezrozumiały, a na pewno niekomunikatywny dla ogromnej części widzów. W końcu jednak wybrano tytuł „J’accuse” („Oskarżam”), będący bezpośrednim odzwierciedleniem tytułu listu otwartego Emila Zoli do prezydenta Francji, który ukazał się w 1898 roku w piśmie „L’Aurore”. To z kolei tytuł czytelny dla ogromnej części Francuzów, mam na myśli tych, którzy uczęszczali do szkół na lekcje historii. Polski dystrybutor nadał filmowi Polańskiego niezbyt sensowny tytuł „Oficer i szpieg”. Niezbyt sensowny, choć pomyślany jako korzystny komercyjnie. No bo o kogo w końcu ma chodzić w tym tytule? O „oficera”? Tylko o którego, bo obok kapitana Alfreda Dreyfusa i pułkownika Georgesa Picquart, oficerowie stanowią w tym filmie większość postaci? A o jakim szpiegu w tym tytule mowa? Przecież oskarżenie Dreyfusa o szpiegostwo zostało zdemaskowane jako fałsz, perfidna intryga polityczna. Szpiegiem okazał się major Eszterhazy, ale on przecież jest w tym filmie postacią epizodyczną i raczej tylko zamarkowaną. Tytuł polski jest więc cokolwiek bez sensu, choć stanowi powielenie tytułu powieści Roberta Harrisa, która ukazała się kilka lat temu w polskim tłumaczeniu. Skoro jednak słowa „oficer” i „szpieg” mają swoją dźwięcznością spełnić funkcję komercyjną i przyciągnąć widzów do kina, to trudno, niech będzie. Na komercję nie poradzę.
Film Polańskiego jest bardzo dobrą, właściwie nieskazitelną robotą filmową, godną starego mistrza. Intryga rozgrywająca się wokół Dreyfusa oddana jest z precyzją godną szwajcarskiego zegarka, metodycznie, ale też i z zegarowym chłodem. Aktorzy, od odtwórcy głównej roli, czyli pułkownika Picquart, Jeana Dujardin (tytułowy „Artysta” z filmu Michela Hazanaviciusa) po najdrobniejszych epizodystów, zagrali z tym niezawodnym profesjonalizmem, który naocznie pokazuje, czym może być aktorskie rzemiosło. Wspaniała, realistyczna drobiazgowa scenografia Philippe Cord’homme, takoż kostiumy Pasqualine Chavanne, koronkowy montaż Hervé de Luze i znakomita w swoim chłodzie praca kamery Pawła Edelmana dodają filmowi waloru dokumentalizującego odtworzenia materialnej tkanki epoki. Z kolei niepokojąca muzyka Alexandre’a Desplat wzbogaca emocjonalny i gatunkowy atrybut filmu jako szpiegowskiego thrillera. Nie oddał natomiast Polański trybutu obyczajowemu obrazowi epoki. Mamy przecież w czasie akcji do czynienia z owym słynnym, mitycznym „fin de siecle”, przełomem wieków XIX i XX, który utrwalił się w obrazie Paryża już nie tyle jako „miasta świateł”, ile „miasta uciech”, miasta „kankana i szampana”, miasta wyuzdanego erotyzmu i awangardowych idei, mekki artystów z Francji i całej Europy, osiedlających się na winodajnym wzgórzu Montmartre. To wszystko jest przez Polańskiego jedynie zamarkowane w króciutkiej scence, z pokazanymi z dużego oddalenia tancerkami wykonującymi coś w rodzaju kankana i pułkownikiem Picquart popijającym szampana z kieliszka. Niektórzy dostrzegli w tej wstrzemięźliwości Polańskiego, znanego z ostrych, nie pozbawionych perwersji form konfrontowania się z erotyką, wyraz jego pokuty za grzechy młodości i reakcję na nową falę oskarżeń, jakie na niego ostatnio spadły. Z podobną wstrzemięźliwością, godną kina sprzed kilkudziesięciu lat pokazany jest romans Picquarta z Pauline Monnier (w tej roli Emmanuelle Seigneur) – para idzie do łóżka, a po cięciu montażowym kobieta leży pod kołdrą zakryta po szyję, a pułkownik zapala tradycyjnego, a nawet klasycznego w takiej sytuacji papierosa. Sam też Polański pojawia się na chwilę na ekranie (znany obyczaj sławnych reżyserów wymyślony przez Alfreda Hitchcocka) nie jako jakaś tajemnicza, demoniczna figura, lecz w roli smutnego starca z sumiastymi wąsami w salonie, w którym odbywa się koncert. Nie piszę tego z intencją krytyczną, przeciwnie, dodawanie obyczajowych, psychologicznych czy humorystycznych „boczków” i „dygresji”, garnirowanie filmu dodatkami, rozrzedziłoby jego spoistość, tak jak ją Polański ze scenarzystą zamyślili.
W końcu jednak dochodzę do tego, do czego trzeba było dojść, jako że nie można ograniczyć się do czystej oceny roboty filmowej. Przecież za tym filmem jest w końcu jakaś idea artystyczna czy także – być może – moralna. Ano właśnie – czy i jaka? W pierwszym odruchu nasuwa się najbanalniejsza myśl, że humanista Polański przeciwstawia prawdę zorganizowanemu kłamstwu, honor i uczciwość – ohydnej intrydze, że potępia antysemityzm jako chorobę wszechczasów, nie tylko w XIX-wiecznej Francji. Tak zapewne też jest, tyle że tu akurat poruszamy się w sferze banału i oczywistości. Wielu jest też jednak takich, którzy powiadają, że Polański tym filmem broni się w swojej „sprawie Polańskiego”, że ten film to jego mowa obrończa, że tytułowym „Oskarżam” odpowiada na oskarżenia swoich prześladowców. Jest w tym poglądzie sporo trafności. Po pierwsze, może o tym świadczyć wąska faktura fabularna filmu, jego ograniczenie do ukazania mechanizmu intrygi, pokazanie krok po kroku, procesu niszczenia niewinnego człowieka. Co prawda Polański zapewne nie uważa się za aż tak niewinnego jak Dreyfus, ale przecież sporo już odpokutował, odsiadkami w aresztach amerykańskim i szwajcarskim, niemożnością kontynuowania lukratywnej kariery w USA czy od blisko pół wieku ciążącą nad nim anatemą i stałą groźbą zatrzymania. Po drugie, na rzecz tezy o autotematycznej intencji reżysera przy realizacji „J’accuse” świadczy wizerunek postaci Dreyfusa (Louis Garrel). Nie jest to figura sympatyczna, przeciwnie, zdecydowanie antypatyczna, a w finale filmu objawiająca płaską interesowność. No, ale to przecież sam Polański, człowiek o rozbudowanej samoświadomości doskonale wie, że nie jest postacią sympatyczną i nawet nie próbuje nią być, wie że jest odbierany jako arogant i że jest arogantem. „Mały Romek” o figurce i fizjonomii wiecznego chłopczyka z zadartym nosem nie zamierza się ukorzyć, niezmiennie pozostaje fighterem i bezczelnym, pełnym swoistego wdzięku łobuziakiem, jak postać którą zagrał w 1960 roku, jako siedemnastolatek, w „Do widzenia do jutra” Janusza Morgensterna, na gdyńskim korcie tenisowym.
„Schodzę” jednak z Polańskiego i wracam do filmu. Dwie, na koniec, cechy tego utworu uważam za warte odnotowania. Jedną jako wadę, drugą jako zaletę. Za wadę filmu, a może raczej za jego niedostatek, uważam właśnie owo zawężenie problematyki do detalicznego ukazania mechanizmu intrygi. A przecież „sprawa Dreyfusa” podzieliła Francję na wiele lat na dwa zwalczające się zaciekle obozy: nacjonalistyczno-klerykalno-konserwatywno-antysemicko-militarystyczny, jakże silny mimo dziedzictwa Wielkiej Rewolucji Francuskiej i Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, który Dreyfusa oskarżył i skazał oraz liberalno-demokratyczno-republikański, który stanął w jego obronie. To wszystko jest w filmie zaledwie zaznaczone, zamarkowane w kilku scenach (m.in. antysemickie manifestacje uliczne czy w wątku Emila Zoli). Nie została jednak na przykład nie tylko pokazana, ale nawet zaznaczona potężna, złowroga i perfidna rola, jaką w tej sprawie odegrał francuski kler katolicki, w tym szczególnie tzw. kongregacje. Brak też w filmie odniesienia do postaw szerszych kręgów społecznych. Z tego powodu nie może on pełnić roli panoramy Francji w tamtej epoce, ale to by oznaczało konieczność jego znacznego wydłużenia. Za ważniejszą uważam jednak podstawową zaletę tego filmu. Otóż, moim zdaniem, kino francuskie, kino kraju w którym się ono narodziło (bracia Meliés), już od wielu lat, może od dziesięcioleci, cierpi na nieumiejętność stworzenia naprawdę ciekawego, wnikliwego obrazu Francji, na nieumiejętność fascynującego i szczerego opowiadania o problemach jej społeczeństwa. Ciekawego i wnikliwego rzecz jasna w stopniu godnym potencjału kulturowego tego kraju, na miarę możliwości Francji, na miarę jej tradycji intelektualnych i artystycznych, jej ducha, jej klimatu psychologicznego, jej specyficznego esprit, jej smaku. Kiedyś umieli to robić Jean Renoir („Towarzysze broni”), Marcel Carné („Komedianci”, „Hotel du Nord”, „Ludzie za mgłą”, „Brzask”) czy choćby Claude Chabrol (n.p. „Doktor Popaul”). Czasami w tej roli zastępowali Francuzów cudzoziemcy, jak Luis Bunuel („Piękność dnia”, „Widmo wolności”, „Dyskretny urok burżuazji”) czy sam Polański („Lokator”). I oglądając „J’accuse” miałem poczucie, że to właśnie – jak sam siebie niedawno określił – żydowsko-polski „métécque” Roman Polański znów ożywił na filmowym ekranie coś z nastroju tej dawnej, historycznej Francji. Bynajmniej nie „słodkiej”, ale jednak prawdziwej.

„Oficer i szpieg” – reż. Roman Polański, w rolach głównych Jean Dujardin, Louis Garrel, Emannuelle Seigneur, Grégory Gadebois, Herve Pierre, scenariusz Roman Polański, Robert Harris, muzyka Alexandre Desplat, scenografia Philippe Cord’homme, prod. Gaumont, Francja-Włochy (2019)
Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry