Teraz czytasz
W starym kinie, w ciemnych okularach Tytuł w dwa wiersze

W starym kinie, w ciemnych okularach Tytuł w dwa wiersze

– Czy mnie interesował przedwojenny film? Ani trochę. Interesował mnie neorealizm włoski, Zavattini, Rossellini, de Sica itd., francuska nowa fala z Jean-Luc Godardem i François Truffaut, a także Fellini, Antonioni i inni wielcy mistrzowie współczesnego kina. ze STANISŁAWEM JANICKIM, dziennikarzem filmowym, współtwórcą i wieloletnim prowadzącym programu telewizyjnego „W starym kinie” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Co w Pana ocenie oznacza dziś określenie „stare kino”?

Metrykalnie – by tak rzec – ta granica stale się przesuwa. W latach sześćdziesiątych, gdy byłem młodym dziennikarzem filmowym, stare kino, to było kino przedwojenne. Już w latach siedemdziesiątych starym kinem były także filmy z lat 40-tych. No i tak się ta granica przesuwała.

Jednak dla mnie filmy Felliniego czy Wajdy sprzed trzydziestu-czterdziestu lat jakoś nie mogą stać się „starym kinem”, mimo że są już tak stare, jak dla Pana w 1965 roku były filmy z lat 30-tych…

Toteż kryterium czasowe, będąc najważniejszym, nie w każdym przypadku jest rozstrzygające. Granica między starym a nowym kinem jest płynna, względna. Zależy też od rytmu zmian w kinie. Dla jednym „starym kinem” są nadal filmy z Chaplinem, Busterem Keatonem czy Haroldem Lloydem. Dla bardzo młodych widzów „stare kino” to Kurosawa, Bunuel, Antonioni, Bergman czy westerny i filmy z gatunku „płaszcza i szpady”

Uderza różnica poziomów między przedwojennym kinem zachodnim, czy radzieckim, a polskim. Radykalnie na niekorzyść tego ostatniego…

To prawda, że polskie kino Dwudziestolecia międzywojennego było na ogół na bardzo niskim poziomie artystycznym i profesjonalnym. O ile Amerykanie, Rosjanie czy Francuzi stworzyli wtedy takie arcydzieła, jak „Obywatel Kane”, „Pancernik Potiomkin” czy „Reguła gry”, to polskie kino nie wydało wtedy ani jednego arcydzieła. Co nie znaczy, że w zalewie tandety nie było kilku wartościowych zjawisk, takich jak prace Józefa Lejtesa, Eugeniusza Cękalskiego czy Aleksandra Forda.
Twórcy polskiego kina powojennego z Fordem i Wajdą na czele zarzekali się odcięcie się radykalne od kina przedwojennego. Wajda twierdził nawet, że nigdy nie angażował przedwojennych aktorów filmowych, co było nieprawdą, bo grali u niego m.in. Jerzy Pichelski, Tadeusz Białoszczyński, Zbyszko Sawan czy Andrzej Szalawski, którzy grali ważne role w filmach przedwojennych… Oczywiście, także Jadwiga Andrzejewska, Stanisław Milski, Jan Ciecierski czy Tadeusz Fijewski i paru innych.

W PRL okres międzywojenny był bardzo krytykowany, skąd więc w połowie lat 60. pomysł na taki program telewizyjny, jak w „Starym kinie”?

W życiu bywa tak, że pewna konieczność awizuje się przez przypadek. Doświadczenie długoletnie mi mówi, że istnieje coś takiego, jak droga człowieka, że coś mu jest mu przeznaczone. Przy czym to nie realizuje się prostoliniowo. Że jeśli zrobimy tak, to efekt będzie taki, a jeśli tak, to inny. To się realizuje przez przypadki. Początki „Starego kina” są wzorcowym przykładem tego mechanizmu, Jesteśmy w latach 60-tych. Pracowałem w tygodniku „Film” i byłem młodym, dobrze zapowiadającym się dziennikarzem. Dużo pisałem, byłem wysyłany na festiwale. Myślę, że redaktor naczelny Bolesław Michałek zorientował się, że ma do czynienia z młodym, odpowiedzialnym człowiekiem. Szedłem do przodu. Czy mnie interesował przedwojenny film? Ani trochę. Interesował mnie neorealizm włoski, Zavattini, Rossellini, de Sica itd., francuska nowa fala z Jean-Luc Godardem i François Truffaut, a także Fellini, Antonioni i inni wielcy mistrzowie współczesnego kina. Jednak mój profesor Jerzy Toeplitz ze specjalizacji filmowej na studiach dziennikarskich Uniwersytetu Warszawskiego aranżował nam pokazy z historii filmu i przy okazji pokazał nam kilka polskich filmów przedwojennych. Ani mnie to nie zagrzało, ani nie zaziębiło. Ale jak zwykle zdecydował przypadek. Mnie wtedy nie tylko praca w telewizji, ale nawet telewizja jako taka w ogóle nie interesowała. Miałem co prawda odbiornik telewizyjny „Wisła”, ale niewiele z tego wynikało. Nawet jak już prowadziłem „W starym kinie”, to telewizji w zasadzie nie oglądałem. Dla mnie w tamtych czasach telewizja, to była transmisja z lądowania człowieka na Księżycu. A nie emisje jakichś staroci, filmów czy przedwojennych kabaretów. Licho jednak nie spało. W telewizji pracowała wtedy, jako redaktor, moja koleżanka ze studiów, Hanka Goszczyńska. Pewnego dnia, a był rok 1967, zadzwoniła do mnie. Zaproponowała, żebym poprowadził rozmowę w ramach cyklu wywiadów z reżyserami. W trybie nagłym, bo zachorował dotychczasowy prowadzący. A proszę pamiętać, że to była telewizja w całości na żywo, z wyjątkiem emisji filmów. Nie było można kogoś nagrać i z opóźnieniem puścić. Był cykliczny program, była konkretna godzina i nie było przeproś. Nie chciałem być świnią i nie odmówiłem koleżance w potrzebie.

I jak poszło?

Koszmar. Pot lał się ze mnie ciurkiem. Światła ostro dawały mi po oczach. Ja już wtedy miałem siedem dioptrii, a oni mi rzygali tymi jupiterami Tak ostro, że musiałem zakładać ciemne okulary. Potem te okulary przylepiły się do mnie „W starym kinie” i stały ikoną programu. Przeprowadziłem cztery wywiady, m.in. ze Stanisławem Różewiczem i Jerzym Passendorferem i myślałem, że na tym koniec. Po kilku dniach koleżanka zadzwoniła i powiedziała, że spodobałem się kierownictwu telewizji. I chcą mi zaproponować stały program. Własny, autorski. Byłem na tyle próżny, że mnie to jednak zainteresowało. Chodziło o prezentowanie starych filmów, polskich i obcych. Wtedy telewizje mogły za bezcen kupować pakiety starych filmów z lat dwudziestych i trzydziestych. Przyjęliśmy dewizę programu. Brzmiała ona – „bawić ucząc, uczyć bawiąc”. Ta koncepcja przetrwała 32 lata. Z przerwami i przy wprowadzanych od czasu do czasu zmianach formuły.

Do kogo „W starym kinie” było adresowane?

To zagadnienie, jakbyśmy to dziś powiedzieli, targetu, zupełnie nas nie interesowało. Do redakcji programu napływały jednak niezliczone listy. Wynikało z nich, że odbiorcą było przede wszystkim do pokolenie, które oglądało filmy przed wojną. I miało sentyment do kina swojej młodości. Było też jednak trochę młodych widzów młodej generacji, którzy byli ciekawi czasów przedwojennych, o których „chrzanili starzy”.

Kto wymyślił legendarną czołówkę programu – animowaną postać pana w meloniku i z parasolem, idącego do kina, z melodią z przedwojennej piosenki „Stare kino” w tle?

Nie ja. Wymyślił to jeden z realizatorów, kolega Ryszard Radwański. Mnie się ta czołówka spodobała. Dopiero po latach zobaczyłem, że ten animowany pan jest kulawy.

Zobacz również

Jak wyglądała „kuchnia” programu, wyszukiwanie filmów i innych materiałów?

Przy braku internetu było to trudniejsze niż dziś, ale bardziej fascynujące. Penetrowaliśmy stare pisma filmowe, gazety, książki, afisze, programy, fotografie. Miałem na raz tysiące pomysłów tematycznych.

Przez lata formuła „W starym kinie” była taka, że prowadził Pan programy tematyczne, poświęcone jakiemuś tematowi, reżyserowi, czy aktorowi, ilustrowane fragmentami filmów. W pewnym momencie zmieniono to na emisje całych filmów z Pana słowem wstępnym. Dlaczego?

Bo uznano, że widzowie chcą w końcu oglądać całe filmy. Była to jednak moim zdaniem zmiana na gorsze. Chciałem zrezygnować. Kiedy jednak przeczytałem szereg listów, a listów przyszły tysiące, z których wynikało jak bardzo ważny jest dla nich nasz program, jak bardzo zaspokaja ich emocjonalne potrzeby, uświadomiłem sobie własną odpowiedzialność. Ludzie ze szpitali i domów starców, ludzie starzy i samotni dziękowali mi i pisali, jaką im mój program sprawia radość. Powiedziałem sobie: „Janicki, nie robisz programu dla siebie, ale dla widzów. To twój psi obowiązek. Nie rejteruj. Siedź i rób”. Póki więc było można, kontynuowałem pracę. I tak minęły aż 32 lata.

Od pewnego czasu pojawia się Pan jednak w telewizji Kino Polska w formule nawiązującej do „Starego Kina”…

Tak. Z propozycją kontynuowania „W Starym Kinie” zwróciła się do mnie ta stacja, z tym oczywiście, że z ograniczeniem do filmów rodzimych, zgodnie z formułą kanału. I kiedy już wszystko uzgodniliśmy i stałem w drzwiach, zapytałem, czy mam występować w zwykłych okularach czy w ciemnych, choć dziś technika oświetleniowa jest taka, że nie ma takiej potrzeby. Okazało się, że tylko w ciemnych mam wystąpić. No cóż, w międzyczasie z tych przeciwsłonecznych okularów zrobiła się ikona.
Jest Pan tak bardzo kojarzony ze „Starym kinem” i ciemnymi okularami, że jest Pan prawie anonimowy jako osoba prywatna…
Przyszło mi być czynnym w czasach, których nie istniał fenomen celebrytyzmu w obecnym kształcie i skali. Co do miejsca urodzenia, to kiedyś powiedziałem, że urodziłem się w … Texasie.

Domyślam się, że to jakiś żart mistyfikacyjny rodem z przedwojennych qui pro quo…

– Niezupełnie. Otóż urodziłem się w Czechowicach, w służbowym mieszkaniu rodziców na terenie rafinerii ropy naftowej, w której pracował jako księgowy mój ojciec. Moja rodzina była śląska. Niedługo przed wybuchem wojny ojciec został przeniesiony służbowo jako dyrektor handlowy do Warszawy do biura Mobil Standard Oil, który to koncern kupił zakłady czechowickie. A że centrala MSO była w USA, w Texasie, więc w moim mówieniu, że urodziłem się tamże, było ziarno sensu. Mieszkaliśmy w służbowej willi z ogrodem pełnym bzów na Pelcowiźnie, obok gigantycznego składu paliw, olejów napędowych, itd. Gdyby tam wtedy we wrześniu 1939 roku spadła bomba, to pół Pragi wyleciało by w powietrze i nie było by mnie tu dziś. Po wojnie ojciec zamienił ropę naftową na piwo i uzdrawiał kolejne browary, w Bielsku Białej, w Raciborzu, w Zabrzu. Powojenne dzieciństwo spędziłem w Bielsku, tam zdawałem maturę i stamtąd pojechałem do Warszawy na studia dziennikarskie. Miałem tam wielu ciekawych wykładowców, wśród których najważniejsza była profesor logiki Zofia Kotarbińska. Na III roku podjąłem pracę dziennikarską w „Żołnierzu Wolności”. Po studiach dostałem pracę w tygodniku „Film”.

Dziękuję za rozmowę.

Stanisław Janicki – ur. 11 listopada 1933 w Czechowicach-Dziedzicach) – dziennikarz, scenarzysta, historyk kina. Autor cyklicznego programu TVP „W starym kinie” (od 1967 do 1999). Był to najdłużej nadawany program filmowy w historii polskiej telewizji. Obecnie jest autorem audycji „Odeon Stanisława Janickiego” nadawanych w radiu RMF Classic oraz współpracownikiem kanału Kino Polska, gdzie prowadzi program „Seans w Iluzjonie”, w którym tworzy obszerne wprowadzenia do filmów z lat 20., 30. i 40. XX wieku emitowanych na antenie stacji. Absolwent Wydziału Dziennikarstwa (specjalizacja filmowa) Uniwersytetu Warszawskiego (1955). Doktor nauk humanistycznych na UAM w Poznaniu (1998). W latach 1954-59 był dziennikarzem „Żołnierza Wolności”. W latach 1959-1970 redaktor miesięcznika „Film”, w latach 1970-1974 miesięcznika „Kino”. Dzięki zdobytym wówczas kontaktom dość często zapraszany na członka jury festiwali filmowych. W latach 1972-76 związany z Wytwórnią Filmów Oświatowych w Łodzi, potem przez 6 lat pracownik Wytwórni Filmów Poltel, od 1983 wykładowca Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 1996 kieruje Szkołą Mediów Bielskiej Wyższej Szkoły Biznesu i Informatyki. Autor cyklu „Jak cudne są wspomnienia” (serial 1977). Reżyser dokumentalista („Ach, ta chata rozśpiewana” (1978), „Bracia Polscy” (1980), „Konterfekty Króla Jegomości” (1983), „Bem” (1985), „Za winy niepopełnione – Eugeniusz Bodo” (1997) . Autor książek m.in.”Polscy twórcy filmowi” (1962), „Film polski od A do Z” (1972), „Film japoński” (1982), „W starym polskim kinie” (1985),”Polskie filmy fabularne 1902-1988” (1990), „Odeon. Felietony filmowe” (2013). W 2019 roku ukazała się wywiad-rzeka ze Stanisławem Janickim „W starym kinie Stanisława Janickiego” .
Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry