Teraz czytasz
Młodzi Polacy patrzą na wolny rynek

Młodzi Polacy patrzą na wolny rynek

Jak najwięcej dla siebie, nic dla dobra wspólnego – jak wynika z badań dr hab. Adama Mrozowickiego z Uniwersytetu Wrocławskiego i dr. Jana Czarzastego ze Szkoły Głównej Handlowej tak mogłaby brzmieć dewiza współczesnego młodego Polaka. Może w trochę mniejszym stopniu młodej Polki, w końcu na Lewicę częściej głosują w tym kraju kobiety. Tak czy inaczej: młode pokolenie okazało się nie tylko niesolidarne, ślepo zachwycone wolnym rynkiem mimo kolejnych kryzysów, ale również mało przewidujące.

I nie są to wnioski z jednorazowych badań sondażowych, które łatwo można by było zakwestionować. Pracownicy naukowi swoje „Oswajanie niepewności”, bo taki tytuł głosi praca robiąca od kilku dni furorę, przygotowywali przez kilka lat. Dokładnie trzy lata trwało ustalanie, co najmłodsi polscy wyborcy – w wieku od 18 do 30 lat – myślą o działaniu gospodarki, o roli państwa, o wolnym rynku i o tym, jak sami chcieliby na tym rynku funkcjonować. Mowa o doświadczeniach pokolenia, które nie zna już z autopsji żadnej innej gospodarczej rzeczywistości, z jednej strony było wychowywane w absolutnym kulcie rynku, z drugiej jednak – miało szansę, za sprawą rodzinnych doświadczeń, przekonać się również o jego ciemnych stronach. Najstarsi z ankietowanych ponadto wchodzili w dorosłość dokładnie w czasie wielkiego gospodarczego kryzysu r. 2008 i statystycznie rzecz ujmując trudno, by młodość nie kojarzyła im się z umowami śmieciowymi. A jednak idea wolnego rynku nadal budzi jednoznacznie pozytywne skojarzenia, a zasadę konkurencji w gospodarce przyjmuje się bez zastrzeżeń. W badaniach pozytywnie wypowiada się o jednym i drugim 78 proc. odpowiadających. Tu jeszcze zaskoczenia nie ma. Trzydzieści lat wpajania, także w szkołach, kultu przedsiębiorczości czy bardzo długa absolutna dominacja neoliberalnych ekspertów ekonomicznych w głównych mediach – relatywnie niedawno podważona – musiały zrobić swoje. Jednak młoda polska miłość do nieskrępowanego wolnego rynku jest wyjątkowo niekonsekwentna. Chwaląc ideę, młodzi Polacy nie dostrzegają wszystkich jej konsekwencji.
Nie chcę płacić podatków, ale…
Zerwanie związków przyczynowo-skutkowych nabiera szczególnie tragicznego – tragikomicznego, jeśli ktoś lubi czarny humor – wymiaru we fragmentach dotyczących podatków oraz usług publicznych. Wieloletnie wbijanie ludziom do głów, że państwo zabiera (kradnie) im pieniądze, do spółki z obserwowaniem polskich instytucji publicznych z kartonu, dało efekt: 46,5 proc. młodych opowiada się za radykalnym obniżeniem obciążeń podatkowych. Wszystkim. 55 proc. nie chce płacić również składki emerytalnej, bo wychodzi z założenia, że bez powszechnego systemu emerytalnego byłoby lepiej, a każdy na przyszłość powinien odkładać sam. Efekt tego myślenia, nie tylko w wykonaniu młodych, można było zobaczyć, gdy na początku swojej kampanii kandydat Lewicy Robert Biedroń opowiedział o emerytce, której świadczenie wynosi niewiele ponad 200 zł. „Nie pracowała, ma za swoje”, „Popieram Pana, ale to już populizm, ona sama jest sobie winna” – takie komentarze posypały się także ze strony zdeklarowanych zwolenników socjaldemokratów.
Wracając jednak do poglądów najmłodszych wyborów. Otóż ci sami ludzie, którzy najchętniej nie oddaliby państwu ani złotówki, oczekują, że to samo państwo zapewni im bezpłatną służbę zdrowia (można się domyślić, że na lepszym poziomie niż ta, jaką oferuje dziś). Leczyć się za darmo chciało 72 proc. odpowiadających. Zdecydowanie przeważają również młodzi ludzie, którzy chcieliby stabilnego zatrudnienia na etatach – tu własne doświadczenie ze śmieciówek zdaje się wygrywać z indoktrynacją. Skąd państwo, pozbawione przychodów, miałoby finansować publiczne szpitale i przychodnie? Dlaczego nieskrępowany wolny rynek miałby nagle zrezygnować z umów, które pozwalają oszczędzać na pracownikach? Takie pytania pozostały poza horyzontem większości młodzieży.
Kiedy młodzież przyzwoliłaby na łamanie zasady wolnej konkurencji i nie sarkałaby, że państwo nie jest tylko nocnym stróżem? Okazuje się, że wtedy, gdy to, co publiczne, subsydiowałoby prywatne. Jeśli niemal 4/5 młodzieży uważa, że wolny rynek jest super, to niemal dokładnie tyle jest przekonanych, że wspieranie polskich firm przez państwo jednak jest pożądane. Ponad połowa (56 proc.) uważa również, że państwo powinno wprost pomagać w zakładaniu własnego biznesu, kierując fundusze z pieniędzy podatników na ten cel. Złośliwie można by dodać: przecież pieniędzy z podatków powinno być jak najmniej. Znowu jednak sprzeczność pozostała przez ankietowanych niezauważona. Prof. Juliusz Gardawski, charakteryzując postawy Polaków wobec gospodarki, nazwał podobną postawę ekonomicznym infantylizmem: sami nie chcemy dzielić się ani złotówką, ale wierzymy, że państwo z niczego stworzy coś, a konkretnie usługi publiczne na wysokim poziomie. Jeden z moich facebookowych znajomych, wyborca Lewicy z tych bardziej czerwonych, powiedział jeszcze dosadniej, że ze współczesnych Polaków, mimo wszystkich historycznych zawirowań, nie przestaje wychodzić paradoksalna mentalność mieszająca pozostałości po pańszczyźnie z myśleniem szlachciców na zagrodzie. Coś w tym jest.
Wychować swój elektorat
Niezależnie jednak od tego, jak bardzo polski kult małej i średniej firmy (bo już wielkich koncernów aż tak nie kochamy, nawet jeśli też nie nienawidzimy) oraz przedsiębiorczości ogólnie ma swoje korzenie w historii dalekiej, czy też ze szczególną intensywnością wtłaczano go do głów przez ostatnie dekady, jedno nie ulega wątpliwości: dobrze, że przynajmniej na socjaldemokratycznych polityków w Polsce ten czar już nie działa. Znakomicie, że publicyści i aktywiści piszą i krzyczą o dziurach w polityce mieszkaniowej, sprawniej łącząc fakty niż młodzież z badań Czarzastego i Mrozowickiego, związkowcy pokazują palcem niskie płace czy rozkwit śmieciówek, a posłowie i posłanki Lewicy potrafią z sejmowej trybuny napiętnować dziury w prawicowej polityce społecznej. Gorzej, że ci, którzy na nich głosowali, często nie myślą podobnie. Sprawa emerytki, która „sama sobie była winna”, to raczej symptom niż przykry wyjątek.
Na początku grudnia badania politycznych preferencji Polaków – już ze wszystkich kategorii wiekowych – przeprowadzone tradycyjnie przez CBOS pokazało, że 24 proc. zdeklarowanego elektoratu Lewicy najchętniej sprywatyzowałaby przedsiębiorstwa państwowe (wszystkie, tak wynikało z pytania), a 50 proc. popiera elastyczny rynek pracy. To mniej niż odsetek miłośników wolnego rynku bez ograniczeń w badaniu młodzieży, ale więcej niż wśród… zwolenników Konfederacji w badaniu CBOS. O wiele bardziej niż poglądy gospodarcze elektorat lewicowej koalicji jednoczyły sprzeciw wobec nacjonalizmu, rozmontowywania mechanizmów liberalnej demokracji czy zamachiwania się na prawa kobiet i mniejszości. Czy o to chodzi?
Na progu nowego kryzysu gospodarczego – raczej nie. Lewica ma przed sobą wielkie zadanie. Byłoby optymizmem nad wyraz powiedzieć, że spustoszenie w umysłach po tylu latach rynkowej indoktrynacji da się odkręcić. Działać w tym kierunku jednak trzeba. Może akurat wiara w to, że państwo jednak musi obywatelom coś zapewniać, może być punktem zaczepienia? By do tego patrzenia na gospodarkę wprowadzić chociaż minimum logiki?

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry