Teraz czytasz
Proszę Pani, tak się wyborów nie wygrywa

Proszę Pani, tak się wyborów nie wygrywa

Nie jestem zwolennikiem PO, ale z uwagi na prawdopodobną, drugą turę wyborów prezydenckich Małgorzacie Kidawie-Błońskiej dedykuję ten tekst.
Także jej sztabowi wyborczemu, różnym spin doktorom i specjalistom od politycznego marketingu, czołowym politykom PO i wszystkim tym, którzy nie chcą przyczynić się do reelekcji obecnego prezydenta RP.

Z kandydatką na prezydenta jest dokładnie tak samo jak z moją znajomą, bardzo dobrze wychowaną panienką w domu, w którym drzwi należało cichutko zamykać, a przekleństwo cholera nigdy nie padło.
Ale trafiła się jej bliska przyjaciółka, która uważała, że w życiu czasem tak bywa, że i mocniejszymi słowami należy się koniecznie posłużyć. I rozpoczęła się ta szczególna edukacja na początek od powszechnie używanego słowa na k. Wymówiła je uczennica bardzo cichutko, nadto cała zarumieniona ze wstydu, później coraz głośniej, wreszcie miała je wykrzyczeć. Jakoś poszło, potem był coraz mocniejszy repertuar, który, jak się okazało jakiś czas później, kilka razy niestety musiał zostać użyty.

Ton i tembr głosu

kandydatki na prezydenta odpowiada raczej przyjacielskiej pogawędce przy herbatce i ciasteczku niż wymogom publicznych spotkań z wyborcami, w czasie których, na równi z treścią, liczą się także emocje. Pani Kidawa-Błońska mówi pięknym, literackim językiem, ale monotonnie, nie wyróżniając w żaden sposób istotnych fraz swojego wystąpienia.
Nie twierdzę, że usypiającym, ale w konsekwencji niewątpliwie mało komunikatywnym dla odbiorców, wśród których zdecydowaną część stanowią osoby oczekujące jasnych, w sumie prostych przekazów. Jeszcze czas aby z Panią Małgorzatą poćwiczyć kilka razy, i to bardzo głośno, wyborcze oracje.

Nie wiedzieć czemu

członkini władz Platformy Obywatelskiej postanowiła wzorować się na tzw. niekonfrontacyjnej kampanii wyborczej strony rządowo-koalicyjnej, która, jak powszechnie wiadomo, wybory z 4 czerwca 1989 roku z kretesem przegrała.

Te okazje to nie wymiana myśli intelektualistów, nie tylko głęboko przemyślanych, ale i z pełnym szacunkiem odnoszących się do adwersarza – to walka pozbawiona skrupułów, w której nawet najzwyklejszy gest powitania we Władysławowie staje się koronnym argumentem, pono dezawuującym kontrkandydatkę. Z niebotycznej góry kłamstw, matactw i równie wielu niespełnionych obietnic PiS jest co wybierać pełnymi rękami na wyborczych spotkaniach. A pełną kultury postawę, także do politycznych przeciwników, zaprezentuje najlepiej Kidawa-Błońska gdy zostanie prezydentem RP.

Machanie rękami

lub pokazywanie palcem też zapewne nie było dobrze widziane w rodzinnym domu kandydatki, ale tzw. mowa ciała stanowi nieodłączny element publicznego przekazu – wzmacnia go, podkreśla, dopełnia.
Nie przypominam sobie aby dobrze ułożona pensjonarka raz jeden przynajmniej wskazała palcem tych-tego, którzy tak wspaniale nam Polskę urządzili, aby wzruszyła ramionami bądź składając ręce, jak do modlitwy, wyraziła nadzieję, na ich rychły koniec.

Moda dla pań

ma oczywiście swoje trendy, wymogi w zależności kogo dotyczy i kto co lubi, w czym czuje się najlepiej, ale niejako moda wyborcza stawia jeszcze dodatkowe wymagania. Przyzwyczajenia i ulubione stroje należy zostawić w szafie, a tu wyróżnić się w tłumie i z otaczającego tłumu aby być wyraźnie przez swój ubiór dostrzeżonym, zaakceptowanym i wpadającym w oko, także telewizyjnej kamerze. Czyżby nie wiedziała o tym kobieta – o jakiejś apaszce bo broszka już była, może o szaliczku albo o towarzyszącym jej innym gadżecie – Pani Małgorzata ?

Powtórka z rozrywki a la Duda,

czyli rajd po placach i ryneczkach licznych miejscowości w wykonaniu Kidawy-Błońskiej nie został przez jej sztab wyborczy głębiej przemyślany. Wszystkie, poza samym faktem spotkania, są w gruncie rzeczy takie same, żadne nie będzie w powszechnej pamięci zapamiętane, a przez mass-media upowszechnione. Staną się wydarzeniem i to na skalę ogólnopolską jedynie wtedy, gdy wykorzysta je za każdym razem do powiedzenia czegoś nadzwyczajnego, wyjątkowego, celnego o czym inni kandydaci, z różnych względów i powodów mówić nie będą.

Potrzebne wiec są także bon moty – zwięzłe, trafne, często dowcipne powiedzenia na aktualne tematy, których każdorazowo dostarczyć powinien sztab wyborczy, na wzór partyjnych i państwowych wystąpień pisanych przez ghostwriterów.

Miejsc do spotkań

kandydata na prezydenta jest w Polsce o wiele więcej niż powiatów odwiedzonych przez Andrzeja Dudę. Ale niekoniecznie na przykład należy być na festiwalu dudziarzy w Zakopanem, na który zresztą nie pojechał PAD z obawy przed antypisowską absencję niektórych muzyków.
Jeśli Kidawa-Błońska chce być rzeczywiście prezydentem wszystkich Polaków, a nie tylko postsolidarnościowej Platformy Obywatelskiej, to powinna swoim pobytem w różnych stronach kraju to udowodnić.
Było by więc dobrze odwiedzić popegerowską wieś i mieć coś dobrego, i konkretnego do powiedzenia ludziom tam żyjącym. Również spotkać się z licznym gronem nauczycieli i wyrazić opinię o przyszłości polskiej oświaty, podobnie na jednym z liczących się uniwersytetów przedstawić swoje credo o wolności słowa w nauce.

Na kandydatkę na prezydenta zapewne z wielką niecierpliwością oczekują liczne kobiece ruchy ze swoimi postulatami, także niepełnosprawni, oszukani i pokrzywdzeni przez PiS. Również pozbawieni swoich praw ustawą dezubekizacyjną i ich liczne rodziny. Mogłaby także Kidawa-Błońska odwiedzić centrum Solidarności w Gdańsku, które PiS, wzorem Westerplatte, próbuje zawłaszczyć, także być pod tablicą upamiętniającą Pawła Adamowicza – politycznej ofiary medialnych sukcesów dobrej zmiany. A jeżeli jeszcze na jej wyborczej peregrynacji po Polsce byłby pobyt w miejscu uświęconym krwią żołnierzy I lub II Armii Wojska Polskiego, to wiązanka kwiatów tam złożona łączyła by w tej kampanii wielu Polaków.

Zobacz również

I nie tylko tu ma kłopot

kandydatka na prezydenta, gdyż takie oczekiwania daleko wykraczają poza praktykę i program działalności jej macierzystej partii. Mission impossible byłoby złożenie przez nią kwiatów na którymś z cmentarzy radzieckich żołnierzy, jak to czyni corocznie, w dniu wyzwolenia Krakowa jego prezydent Jacek Majchrowski.

Nie tylko z uwagi na wrzawę po stronie pisowskiej i skrajnej prawicy, ale równie wielką wśród zwolenników Platformy Obywatelskiej, której walka przez lata z Prawem i Sprawiedliwością, przedziwnie jednak korelowała wieloma wspólnymi dla obu partii poglądami, nie tylko na niedawną naszą przeszłość i wykreowanych bohaterów Marszu Żołnierzy Wyklętych z Hajnówki.

Podstawowy problem

Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, jej sztabu wyborczego, jak i całej zresztą Platformy Obywatelskiej nie wyraża się mimo wszystko we wskazanych powyżej błędach, niedomaganiach czy też zaniechaniach. Poprzednio tak wyczekiwany powrót Donalda Tuska do krajowej polityki, a dziś prowadzonej kampanii wyborczej to w sumie, ciąg dalszy tego, co już było.
Tak, jak nikt odpowiedzialny, i przynajmniej trochę myślący, na lewicy nie będzie optował za powrotem Polski Ludowej, tak również doświadczony latami ciepłej wody wyborca, nie chce ich powtórki z bardzo wielu powodów. Tej trudnej niewątpliwie, ze swojej niedawnej przeszłości, lekcji nie odrobiła żadną miarą Platforma.

Prawda bowiem jest taka, że w każdej kampanii wyborczej potencjalny elektorat poszukuje istotnej zmiany na lepsze, zaś w prowadzonej przez koalicjantów i PO takowej, poza odsunięciem od władzy Andrzeja Dudy, czyli poważnym ograniczeniem wpływów PiS, doszukać się nie może. A to stanowczo za mało dla Polski, jej przyszłości, a więc każdego z nas, zagrożonej na wielu obszarach.

Ponownie prawdopodobnie

wybierać będę musiał to przeklęte, polskie mniejsze zło i dlatego tylko ten tekst napisałem.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry