Teraz czytasz
Sumienne sumienie

Sumienne sumienie

Mojemu koledze z kapeli przydarzył się jakiś czas temu niemiły wypadek. Kiedy był na stacji benzynowej, zapomniał zapłacić za zatankowane paliwo. Zapłacił za wafelki, napój, gazetę, ale za paliwo zapomniał. Kosztowało go to wizytę na komendzie i mandat karny. O pieniądzach za benzynę nie wspomnę. Wszystko udało się wyprostować na czas, ale trauma pozostała.

Gazeta Wyborcza dotarła do kopii list poparcia dla sędziów delegowanych do KRS. Słynnych list poparcia, których Ziobro pokazać nie chciał, z powodów niewiadomych i głęboko skrywanych przez resort. Aż tu nagle, opadły mgły, naród może wreszcie się dowiedzieć, co władza trzymała przed nim w tajemnicy. A jak wreszcie się dowie, to podrapie się po łysinie i zapyta sam siebie: to wszystko? Tych parę nazwisk, to ta wielka tajemnica państwowa, która wywróciła do góry nogami cały system?

To trochę tak, jak z moim kolegą. On też przez dłuższy czas, kiedy podróżowaliśmy busem z kapelą po Polsce, nie chciał zatrzymywać się na stacji jednej z marek światowych, w obawie przed kolejną wtopą. Za każdym bowiem razem upewniał się przy kasie, czy za wszystko zapłacił, a kiedy ruszaliśmy, na piątym kilometrze po stacji, dopadały go amnezyjne demony, i dusiły nerwicą natręctw, czy aby na pewno uregulował. Biedaczysko międlił to w sobie. Wstydził się przyznać, a kiedy prawda wyszła na jaw, obciążenie psychiczne zlazło mu z krzyża i chłop wrócił do żywych. Cośmy się zeń pośmiali, to nasze. Żaden z nas nie przypuszczał bowiem, że prawda może być aż tak banalna. A jak wiemy, trudno docierają prawdy banalne.

Władza pisowska uczyniła z list poparcia do KRS punkt honoru i punkt oporu na raz, którego broniła do niedawna, jak niepodległości. Tak, jakby te listy poparcia dla sędziów do KRS-u, to były jakieś listy wstydu, a ten kto się na nich znajdzie, był zadżumiony lub obłożony jakąś wstydliwą chorobą. Dlatego też należało rzecz utajnić, żeby właściciel podpisu nie został skazany na publiczną infamię i pośmiewisko. Innej drogi nie było. Według PiS-u.

I po prawdzie, ja sam też nie umiem znaleźć innego wytłumaczenia, bo co musi się dziać w środku z ludźmi, że wstydzą się przyznać do własnego nazwiska. Jakby podpisywali jakąś volkslistę, a nie listę poparcia dla swoich kolegów po fachu na państwowy urząd. Na miejscu samego podpisującego lekko bym się zirytował, gdyby minister zabraniał komukolwiek zajrzeć w dokument, na którem złożyłem autograf, a ja sam nie mógłbym się do rzeczy przyznać. Skoro sygnuję osobę lub wydarzenie własnoręcznym podpisem, to poświadczam, że biorę odpowiedzialność za to, pod czym się podpisuję i w razie czego, muszę rzecz potrafić uargumentować i obronić. Bo nikt pod karabinem do podpisu mnie nie przymusił. No, chyba że było inaczej i jakaś forma przymusu miała miejsce. Wtedy rzeczywiście, trochę głupio samemu z siebie się rozpruć, że się dało wmanewrować w podejrzany geszeft; wy mi stanowisko, ja wam podpis. Nawet nie dosłownie, że jakaś łapówka pod stołem, tylko sugestywne danie do zrozumienia: wicie-rozumicie, dostaliście awans, podwyżkę, stać was na lepsze auto, żonę, kochankę, to należy się nam coś w zamian. A taki podpis? Przeca nic nie kosztuje. Chyba że czyste sumienie, ale żeby sumienie pozostało czyste, najpierw wypadałoby je mieć.
Jarek Ważny

Zobacz również

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry