Teraz czytasz
To nie spółdzielnie potrzebują leczenia – list otwarty

To nie spółdzielnie potrzebują leczenia – list otwarty

Leczenia wymagają raczej niektórzy politycy i usłużni dziennikarze, jak owo „grono mieszkańców”, autor publikacji„Czy można uleczyć spółdzielnie mieszkaniowe?” w numerze 246-247 „Dziennika Trybuna”. z 11.12.2019. Nazwiska jego nie ujawnimy (RODO), choć się go domyślamy).

Dotąd uważałem(liśmy), że prasa lewicowa sprzyjała spółdzielczości, zwłaszcza tej poniewieranej – mieszkaniowej. Nie mogę wybaczyć „Trybunie” – bo chociaż to „dziennikarz” nie z kręgu „Trybuny”, to jednak jego paszkwil gazeta zamieściła. Wielka szkoda!

Z jednym się zgodzę. Trzeba eliminować złe zachowania ludzi, ale tacy znajdują się wszędzie: od Caritas (Płock – malwersacja 400 mln zł), parafia Bosko pod Legnicą (naciągnięto ludzi na 400 mln zł), czy SKOK-i (miliardy). W spółdzielniach też nie jest idealnie, ale na 3,5 tys. spółdzielni do prokuratury skierowano ostatnio 7 poważniejszych spraw, z tego połowę już umorzono. Nie będę przypominać sprawy SM „Pojezierze”, opisywanej też w „Trybunie” i 19 zarzutów senator Lidii Staroń, które po 6 latach procesów okazały się bzdurą, a kosztowały utratę zdrowia prezesa zarządu i śmierć jego zastępcy. Nie spółdzielnie trzeba naprawiać, ale prawo i polityków, w tym panią senator Lidią Staroń, która jest sprawczynią niejednej choroby…

A więc – ad rem.

Napisano, że: „Ceny czynszu nie tylko równały [do czego?], ale i znacznie przekroczyły wymiar tych opłat (?) na przykład we wspólnotach mieszkaniowych”. Jest to nadużycie, niezależnie od tego, że piszący sam sobie odpowiada, przyznając, że wspólnoty nie mają terenów zielonych (we Wrocławiu w większości wspólnoty powstały „po obrysie budynków”), nie obchodzi ich działalność kulturalna, edukacyjna: kluby seniorów, młodzieży. Spółdzielnie kierują się misją: „Nie tylko mieszkanie”.

Wspólnoty nie tworzą w większości stałych funduszy remontowych, bo albo są to nowe budynki (często na gwarancji czy rękojmi), albo zakładają, że będzie się go tworzyć, jak zajdzie potrzeba. Spółdzielnie mają budynki budowane masowo w latach 70., a wiele zarządza nawet takimi sprzed wojny. W mojej spółdzielni – z roku 1911.

Wiele razy udowadniałem(liśmy), że opłaty za użytkowanie lokali (nie czynsze!) są mniejsze od stosowanych we wspólnotach. Ale nie da się tak wprost porównywać poszczególnych spółdzielni czy wspólnot. Co najwyżej budynki i też te podobne: z tego samego roku budowy, w tej samej technologii (wielka płyta, murowany), liczba kondygnacji, w tym czy są dźwigi, system ogrzewania (gazowe, sieciowe, własne piece), wielkość przyległego terenu, lokalizacja (miejscowość), liczba zamieszkałych osób, w tym wiek (dotyczy korzystania z wody, energii elektrycznej, windy) itd. itd. Nasze przykłady pokazują, że w spółdzielniach jest taniej – mimo dodatkowych usług dla członków. Najlepiej syntetycznie porównywać koszty zarządu: u nas jest to 0,62 – 0,65 zł/m2, a we wspólnotach – dochodzi do 1,50 – 2,00 zł/m2. Inne koszty nie są praktycznie zależne od spółdzielni. Przywołanie, że mieszkanie 37 m2 w Budmarze (Koszalin) – kosztuje 84 zł miesięcznie jest herezją (sprawdziliśmy).

„Prezesi [zapewne zarządów spółdzielni – dop. J.K.] zachowują się jak kamienicznicy, choć mieszkania są nasze (…) Jak to nazwać – pobieraniem haraczu?” W jednym zdaniu – dużo jadu, za to brak kropli prawdy. Opłat (zaliczkowych) w spółdzielniach – nie ustalają zarządy (prezesi), ale rady nadzorcze!. Spółdzielnia w tym zakresie rozlicza się z pobranych opłat, najpóźniej po zakończeniu roku – i zwraca nadpłaty, albo żąda dopłat. O jaki haracz więc chodzi? Do tego piszący nie rozumie, albo nie chce przyjąć do wiadomości, że „prezes zarządu –to jest primus inter pares”. Nie ustanawia żadnych praw obowiązujących członków. Kompletna bzdura.

„duże [spółdzielnie] na ogół nie pokazują szeregowym członkom spółdzielni swojego bilansu. Co najwyżej pozwalają na tak zwanym walnym zebraniu przegłosować zaksięgowanie nadwyżki bilansowej (…)”. To chyba napisał jeśli nie idiota, to celowo go udający. Zacytujemy to w naszych materiałach ogłaszanych na stronach internetowym, bo warto się chociaż pośmiać. Przecież spółdzielnie muszą swoje sprawozdania, w tym bilans, zamieszczać na tych stronach – do wglądu dla każdego. Do tego, zgodnie z ustawą członkowie przychodzą i sprawdzają (fotografują) dokumenty w siedzibie spółdzielni.

Zobacz również

„Konia z rzędem temu, kto odczuł w swoim czynszu (sic!) tak zwane pożytki ze sprzedaży nowych mieszkań”. Piszący nie wie, że spółdzielnie praktycznie nie budują domów, bo jeśli, to muszą to czynić po kosztach rzeczywistych i nie mogą zarabiać na członkach. Skąd mogą występować jakieś pożytki do podziału?! Nie budujemy, bo trudno, aby spółdzielnie budowały wspólnoty, gdy spółdzielczego prawa własnościowego – spółdzielniom ustawowo zabroniono (p. Lidia Staroń).

„Prezes spółdzielni (….) usunął kiedyś za jednym zamachem pięćdziesięciu [członków].” Kolejna bzdura, ale ładnie wygląda publicystycznie. Zgodnie z prawem wykluczenia i skreślenia (przyczyny opisane w statucie) dokonywała tylko rada nadzorcza. Od 9 września 2017r. ustawowo – wszyscy posiadacze spółdzielczych lokali – zostali przymusowo członkami (bez wpisowego i udziału), także ci dawniej wykluczeni. Obecnie rada nadzorcza (bo nigdy nie zarząd, ani „prezes”) nie ma żadnych możliwości wykluczenia członków – pozostaje tylko droga sądowa.

„Wieść gminna niesie, że oni lub ich rodziny dostają nowe mieszkania po cenach symbolicznych (…), bo przecież nikt (sic) nie ma dostępu do papierów poza zainteresowanymi”. Obecnie mieszkań (jeśli spółdzielnia buduje) się nie przyznaje, ale sprzedaje. Oczywiście, cena sprzedaży (po kosztach) jest wtedy znacząco niższa – niż u dewelopera. Wieść gminna niesie, że piszący ten paszkwil – wymaga chyba leczenia.

Autor jest prezesem zarządu SM Metalowiec we Wrocławiu.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry