Teraz czytasz
Lewemu przybywa rywali

Lewemu przybywa rywali

Niewielką kolonię polskich piłkarzy w Bundeslidze w miniony piątek zasilił Krzysztof Piątek, którego Hertha Berlin wykupiła z AC Milan. Ale w 20. kolejce z biało-czerwonych po staremu błyszczał tylko Robert Lewandowski, który w spotkaniu z FC Mainz (3:1) zdobył 22. bramkę w tym sezonie i umocnił się na prowadzeniu w klasyfikacji strzelców.

Kapitan reprezentacji Polski w trzech rozegranych w tym roku ligowych kolejkach strzelał po jednym golu w każdym meczu i powiększył swoje konto do 22 trafień. Taki dorobek bramkowy zapewniał koronę króla strzelców aż w 22 sezonach niemieckiej ekstraklasy, lecz w obecnych rozgrywkach zwycięzca tej rywalizacji pewnie przebije barierę 30 goli, a kto wie, może nawet zaatakuje 40-bramkowy rekord Bundesligi legendarnego Gerda Muellera z sezonu 1971/1972.
Lewandowskiemu w obecnych rozgrywkach do niedawna kroku dotrzymywał jedynie grający w RB Lipsk Timo Werner, który rundę jesienną zakończył z 18. trafieniami, a w pierwszej tegorocznej kolejce zdobył dwie bramki i na moment nawet „Lewego” doścignął. Potem jednak w dwóch kolejnych spotkaniach ligowych 23-letni reprezentant Niemiec nie powiększył swojego dorobku. W 20. kolejce zaliczył „pusty przebieg” w meczu z Borussią Moenchengladbach, zakończonym remisem 2:2. Stracone dwa punkty dla ekipy RB Lipsk oznaczały zjazd na drugie miejsce w tabeli, za zespół Bayernu Monachium, który w trzech tegorocznych meczach zdobył komplet punktów (bilans bramkowy 12:1), co pozwoliło mu po 153 dniach przerwy odzyskać pozycję lidera. Na razie tylko z jednym punktem przewagi nad ekipą z Lipska (Bayern ma 42, a RB 41 punktów), ale w najbliższy weekend bawarska jedenastka podejmie na Allianz Arenie w Monachium drużynę RB Lipsk i będzie to hit 21. kolejki. Do gry o mistrzowski wróciła też Borussia Dortmund, która po wygranej 5:0 z Unionem Berlin awansowała na trzecie miejsce i traci do Bayernu tylko trzy punkty.
Haaland rzuca wyzwanie Lewemu
Lewandowski strzelił gola w meczu z FC Mainz już w 7. minucie, tym razem po perfekcyjnym uderzeniem piłki głową z podania Benjamina Pavarda. Było to jego jubileuszowe 150. trafienie w barwach Bayernu uzyskane w 179. występie. W sumie w Bundeslidze zdobył już 224 bramki (74 dla Borussii Dortmund) w 310 spotkaniach. W obecnym sezonie licząc wszystkie rozgrywki klubowe kapitan reprezentacji Polski ma na koncie 33 gole (22 w Bundeslidze, 10 w Lidze Mistrzów i jedną w Pucharze Niemiec). W klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najbardziej bramkostrzelnego piłkarza lig europejskich, polskiego napastnika wyprzedza jednak napastnik Lazio Rzym Ciro Immobile, a i przewaga nad Wernerem nie jest jeszcze tak znaczna, żeby ten wyścig można było uznać za rozstrzygnięty.
Zwłaszcza, że w Bundeslidze pojawił się „Lewemu” nowy rywal, pozyskany zimą przez Burussię Dortmund z RB Salzburg Erling Haaland. 19-letni Norweg zalicza w Bundeslidze prawdziwe „wejście smoka”. W trzech dotychczasowych występach, a w żadnych nie spędził na boisku 90 minut, zdobył już siedem bramek. W minioną sobotę po raz pierwszy pojawił się w wyjściowej jedenastce ekipy z Dortmundu (był też w niej Łukasz Piszczek) i zanim został zmieniony w 77. minucie zdążył strzelić polskiemu bramkarzowi Unionu Berlin Rafałowi Gikiewiczowi dwa gole. Jego nieprawdopodobna wręcz skuteczność zaskakuje i jeśli dłużej będzie zdobywał gole w takim tempie, to niewykluczone, że może nawet włączyć się do walki „Lewego” i Wernera o koronę króla strzelców.
Niemożliwe? Niekoniecznie. Haaland w tym sezonie już przebił Lewandowskiego w liczbie zdobytych bramek w rozgrywkach klubowych. W rundzie jesiennej w barwach RB Salzburg łącznie w 22 meczach zdobył 28 bramek, z tego 16 w lidze austriackiej, cztery w krajowym pucharze i osiem w Lidze Mistrzów. Warto przypomnieć, że po fazie grupowej Norweg jest wiceliderem klasyfikacji strzelców, za… Lewandowskim, który ma na koncie 10 trafień. Jeśli doliczymy mu siedem trafień w Bundeslidze, to wychodzi, że Haaland ma na koncie 35 bramek, zatem o dwie więcej od „Lewego”.
Zdumiewające, że Borussia Dortmund za transfer tak skutecznego napastnika zapłaciła austriackiemu klubowi zaledwie 20 mln euro. Inna sprawa, że w zamian działacze niemieckiego klubu zgodzili się ponoć na wpisanie do tzw. klauzuli odstępnego kwoty 75 mln euro. Za tyle będzie można norweskiego piłkarza wykupić, więc jeśli nie zatraci skuteczności, to zapewne długo miejsca w Bundeslidze nie zagrzeje.
Haaland od Lewandowskiego ma w Bundeslidze w tej chwili o 15 bramek mniej, ale bilansie sezonu już tak wiele mu nie ustępuje, bo jak już zostało wspomniane, w RB Salzburg strzelił jesienią 28 goli, a w tym roku dla Borussii siedem, czyli w sumie ma już na koncie 35 goli. Na tym polu ma zatem szansę na wygranie rywalizacji z polskim gwiazdorem Bayernu.
Piątek nadzieją Herthy
Strzelecki fart nie jest jednak rzeczą daną napastnikowi raz na zawsze. Tacy gracze, jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski są w tym względzie wyjątkami, a jak trudno wskoczyć na ich poziom przekonał się boleśnie choćby Krzysztof Piątek. Po udanym dla niego poprzednim sezonie, w którym jesienią regularnie trafiał dla Genoi, a wiosną dla AC Milan, latem gdzieś jego skuteczność się ulotniła i w obecnych rozgrywkach Serie A zdobył tylko cztery bramki, w tym trzy z rzutów karnych. Rozczarowani jego grą szefowie mediolańskiego klubu zimą zatrudnili szwedzkiego weterana, 39-letniego Zlatana Ibrahimovicia, a Piątka wystawili na sprzedaż. Wedle medialnych spekulacji Polaka bardzo chciały pozyskać angielskie kluby, między innymi Tottenham, lecz ku zaskoczeniu wszystkich „Il Pistolero” ostatecznie wylądował w Herthcie Berlin. Wedle niemieckich mediów berliński klub zapłacił za jego transfer 22 mln euro plus bonusy, a wedle włoskich 27 mln euro plus bonusy. Tak czy owak nawet niższa kwota i tak była transferowym rekordem Herthy.
Nic dziwnego, że napastnik reprezentacji Polski został przez trenera berlińskiej drużyny Juergena Klinsmanna od razu rzucony do walki i Piątek już w miniony, nomen omen, piątek zaliczył blisko półgodzinny debiut w meczu z Schalke Gelsenkirchen (0:0). Został powitany przez fanów Herthy owacją i chociaż nie strzelił gola, to zebrał za swój krótki występ pochlebne recenzje. „Piątek, który trafił do Herthy w czwartek, na boisku był zwinny, aktywny i agresywny, a w 73. minucie był bardzo bliski zdobycia premierowej bramki” – ocenił występ 24-letniego polskiego napastnika branżowy tygodnik „Kicker”.
Obiektywnie rzecz ujmując nie było to jednak „wejście smoka” na miarę Erlinga Haalanda. Już mecz z Schalke dobitnie pokazał, że Piątek w Herthcie, z którą związał się 4,5-letnim kontraktem, będzie miał w rywalizacji o koronę króla strzelców niewielkie szanse nie tylko w tym sezonie, co jest oczywiste, ale też w kolejnych, bo berlińska drużyna znana jest z niedużej aktywności w ofensywie i ma na koncie najmniej celnych strzałów w lidze. Gra głównie z kontrataku, co być może pod wodzą trenera Klinsmanna, wybitnego przecież kiedyś napastnika, będzie powoli się zmieniało na bardziej odważne taktyczne schematy, ale na razie to odległa perspektywa. „O tym, czy Piątek jest w stanie regularnie strzelać gole, na razie za wcześnie przesądzać. W spotkaniu z Schalke nie potwierdził opinii specjalisty od zapewniania swojej drużynie zwycięstw 1:0 po jego trafieniach. Nie można go za to potępiać, bo musiał poradzić sobie z trudnościami związanymi z transferem i aklimatyzacją w nowym klubie, a poza tym musimy pamiętać, że wszedł z marszu do źle już wcześniej funkcjonującego zespołu” – napisał w komentarzu pomeczowym „Berliner Zeitung”.
Na kolejną okazje do gry Piątek nie będzie czekał długo, bo już w najbliższy wtorek ma wyjść w pierwszym składzie przeciwko Schalke w spotkaniu trzeciej rundy Pucharu Niemiec.
Kownacki nadal rozczarowuje
Wypada trzymać kciuki, żeby mu się w Herthcie powiodło, chociaż ten klub z dawnych czasów ma opinię wykańczalni dla polskich piłkarzy. Nie powiodło się tu kilku reprezentantom naszego kraju – Bartoszowi Karwanowi, Piotrowi Reissowi, Arturowi Wichniarkowi, Tomaszowi Kuszczakowi, a nawet Łukaszowi Piszczkowi, chociaż jemu akurat najmniej. Póki co Piątek może się jednak cieszyć pozycją najdroższego polskiego piłkarza kupionego przez niemiecki klub. Przed nim numerem 1 był 23-letni Dawid Kownacki, za którego Fortuna Duesseldorf latem ubiegłego roku zapłaciła Sampdorii Genua 7,5 mln euro. Był to rekordowy transfer w jej historii. Dzisiaj działacze tego klubu zaczynają pluć sobie w brodę, bo Kownacki zawodzi ich oczekiwania. W tym roku po nieudanym początku wylądował na ławce rezerwowych. W minioną sobotę w meczu z Eintrachtem Frankfurt (1:1) pojawił się na boisku dopiero na ostatnie 20 minut.
Trzeba zatem się cieszyć, że Lewandowski, chociaż trafił do Bundesligi z Lecha Poznań tylko za skromne 4,5 mln euro, jest dzisiaj już niekwestionowaną megagwiazdą niemieckiej ekstraklasy.

Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry