Teraz czytasz
Tak się zaczęło

Tak się zaczęło

75 rocznica powstania Demokratycznej Republiki Wietnamu. 70 rocznica nawiązania stosunków polsko-wietnamskich.

Świadkowie zapamiętali, że przyjechał na plac Ba Dinh w Hanoi francuskim samochodem, eskortowany przez gwardię rowerzystów. Półmilionowy tłum ujrzał go na prowizorycznej trybunie. Był w otoczeniu ministrów rządu powołanej wtedy Demokratycznej Republiki Wietnamu i grona amerykańskich oficerów.

„Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie. Stwórca obdarzył ich niepodważalnymi prawami do życia, prawem do wolności oraz prawem do poszukiwania szczęścia” – odczytał inwokację do napisanej przez siebie Deklaracji Niepodległości Wietnamu. Wzorowanej na Deklaracji Niepodległości USA.
Czynił tak nieprzypadkowo. Za plecami miał Archimedesa Patti, majora amerykańskiego wywiadu. Szefa delegacji armii Stanów Zjednoczonych. Armii, która uzbroiła defilujących potem partyzantów z niepodległościowego Viet – Minhu, upodabniając ich do regularnego wojska. Na koniec nad placem i trybuną przeleciały amerykańskie samoloty wojskowe oddając zebranym, charakterystycznym machaniem skrzydeł, przyjacielskie i sojusznicze pozdrowienia.
I hołd liderowi Viet – Minhu Ho Chi Minh’owi. Proklamującemu wtedy, 2 września 1945 roku, powstanie Demokratycznej Republiki Wietnamu. Proklamującemu wtedy niepodległość w Hanoi. O przyszłą pełną niepodległość wietnamskim patriotom przyjdzie potem jeszcze długo walczyć.
Są dwa kraje na świecie gdzie więcej jest knajp wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Wielka wietnamska rewolucja gastronomiczna
Wietnamczycy są już częścią naszej Polski. Pracowici, lojalni wobec władz. Jeszcze trochę egzotyczni, ale już swoi. Dziś trudno precyzyjnie policzyć zamieszkującą w Polsce społeczność wietnamską. Maksymaliści szacują ją na 60 tysięcy, minimaliści na 30 tysięcy.
Prawda leży w dużej mobilności społeczności wietnamskiej, zwłaszcza jej najmłodszej generacji . Już obywateli polskich, absolwentów polskich i zagranicznych uczelni, świetnie władających kilkoma językami, zwłaszcza polskim.
Dodatkowo potrafią oni wykorzystać atuty naszej Unii Europejskiej. Zwłaszcza te umożliwiające zdobywanie wiedzy przez młodych oraz wszystkie ułatwienia sprzyjające małym firmom.
W Wietnamie zawsze było i dalej oczywistym jest, że rodzina, czyli rodzice, dziadkowie. ciotki i wujkowie będą oszczędzać, aby ich dzieci mogły zdobyć wykształcenie. Zwłaszcza wyższe. Będą oni pracować od rana do nocy, oszczędzać na wszystkim, ale dziecko, zwłaszcza rte zdolne, na studia poślą. Nawet do Londynu lub USA. Dlatego młodych polskich Wietnamczyków spotkacie już w całej Europie. I w Wietnamie też, gdzie często prowadzą swe firmy.
W Wietnamie nie znajdziecie blokowisk, typowych dla wielu państw dawnego bloku radzieckiego. Ani radzieckich „chruszczowek”, ani solidnej wielkiej płyty z NRD rodem. Bo tradycyjny Wietnamczyk chciałby mieć własny dom. Najlepiej z dostępem do ulicy. Z lokalem usługowo- handlowym na parterze. Bo tradycyjny Wietnamczyk to jednoosobowa firma. Biznes własny, rodzinny. Dlatego współczesna gospodarka Wietnamu bazuje na milionach małych i średnich przedsiębiorstw. Wspierają one duże, skomercjalizowane państwowe koncerny. I wybijające się na suwerenności gospodarczą duże firmy prywatne.
Mafia AGH
Pierwsi Wietnamczycy zbiorowo przybywali do naszego kraju w czasach Polski Ludowej. Na studia wyższe i praktyki robotnicze polskich stoczniach. Stoczniowcy zwykle wracali pod dwóch, trzech latach. Dzisiaj w wietnamskich stoczniach nadal pracuje kilkuset robotników, którzy fachu uczyli się w Gdański i Szczecinie. Świetnie dogadują się byłymi dyrektorami byłych polskich stoczni, którzy bywają tam doradcami wietnamskich dyrekcji. A wietnamskie stocznie skutecznie konkurują z chińskimi i koreańskimi przedsiębiorstwami.
W czasie wojen o niepodległość i zjednoczenie Wietnamu młodzi Wietnamczycy marzyli o zagranicznych studiach. Były szansą nauki w lepiej rozwiniętych państwach. Początkiem przyszłej służby wietnamskiemu narodowi i karier uzdolnionej młodzieży. Także szansą na wyrwanie się z biednego, od lat niszczonego wojną kraju.
Młodzi z Wietnamu Południowego mogli studiować w USA i zachodniej Europie jeśli mieli zamożną rodzinę. Do Polski, przed zjednoczeniem kraju, nie trafiali. Do nas przyjeżdżali przede wszystkim młodzi z, Demokratycznej Republiki Wietnamu.
Istniał tam system rekrutacji i wysyłania najzdolniejszych kandydatów na studia do „bratnich krajów socjalistycznych”. Wielu z absolwentów polskich uczelni opowiadało mi, że przed wyjazdem wszyscy uczestniczyli w zbiorowych szkoleniach polityczno- ideologicznych. Wiedzieli wtedy już na jakie studia wyjadą. Ale do dnia wyjazdu, do chwili kiedy otrzymywali paszport i bilet kolejowy, nie wiedzieli w którym z „bratnich” krajów na studiach wylądują. I wtedy wśród oczekujących na wyjazd kandydatów krążyła, bazująca na doświadczeniach starszych kolegów, przepowiednia.
Jeśli wyślą cię na studia do Moskwy, to zrobisz karierę polityczną.
Jeśli skierują cię do NRD, zaczniesz karierę naukową.
A jeśli trafisz do Polski to spędzisz tam wesołą, nieskrępowaną młodość.
Nie spotkałem rzetelnych danych sumujących wszystkich studiujących w naszym kraju Wietnamczyków. W 2018 roku pan prezydent Duda spotkał się podczas swej wizyty w Wietnamie z kilkusetosobową delegacją Wietnamczyków absolwentów polskich uczelni w hanojskim hotelu „Melia”. Wówczas szacowano, że w Wietnamie żyje jeszcze około czterech tysięcy absolwentów wyższych uczelni i trzy tysiące robotników i techników, którzy mieli praktyki zawodowe w naszym kraju.
W 2001 roku, kiedy byłem przewodniczącym parlamentarnej grupy polsko- wietnamskiej , miałem przyjemność poznać pięcioosobowy zarząd stoczni w Ha Long złożony z absolwentów Politechniki Gdańskiej. Wszyscy mówili znakomicie po polsku. Nie zapomnieli naszej mowy, bo dalej była im przydatna w pracy zawodowej.
Zawsze kiedy w czasie negocjacji z klientami z Korei, Francji czy Singapuru musieli ustalić między sobą ostateczną cenę kontraktu, to uzgadniali ją po polsku. Wiedzieli bowiem, że ich partnerzy handlowi zawsze mieli w składzie delegacji osoby rozumiejące język wietnamski. Ale komunikujący się między sobą po polsku wietnamski zarząd mógł rozmawiać nawet w trakcie negocjacji w pełni dyskretnie.
W czasie moich licznych pobytów w Wietnamie spotkałem absolwentów Politechniki Gliwickiej, którzy byli prezesami i dyrektorami wietnamskich koncernów węglowych. Trzon liczącego ponad cztery tysiące członków Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej stanowią absolwenci polskich uczelni. Profesorowie , byli ministrowie, dyrektorzy i prezesi. Najsławniejszym jest były prezydent Hanoi, absolwent Politechniki Krakowskiej Nguyen The Thao. Obecny przewodniczący Towarzystwa Przyjaźni Wietnamsko- Polskiej.
Liczna grupa absolwentów krajowskiej Akadami Górniczo- Hutniczej była i jest tak aktywna w Wietnamie, że do dzisiaj żartobliwie, acz też z szacunkiem, zwą ją „mafia AGH”.
Ale przyszedł rok 1990 . W Polsce zapanowała surowa ręka wolnego rynku. W Wietnamie trwały od 1984 roku podobne, wzorowane na chińskich, rynkowe reformy. Upadek ZSRR , RWPG i „bratnich panstw socjalistycznych” zmusił studiujących i mieszkających w Polsce Wietnamczyków do zmiany ról zawodowych .
Dotychczasowi doktorzy, magistrowie nauk polonistycznych, matematycznych, chemicznych zaczęli otwierać bary z wietnamską kuchnią. Prawie wietnamską, bo musieli przetłumaczyć wietnamskie dania na polskie smaki i dostępne w naszym kraju produkty.
Dzisiaj możemy już rzec, ze dokonali prawdziwej rewolucji gastronomicznej w naszym kraju .
Nauczyli Polaków azjatyckich smaków. Pokazali jak można gotować smacznie, pożywnie, i na dodatek tanio. Na wietnamskim jedzeniu wychowały się całe pokolenia Polaków, zwłaszcza studentów. Dzisiaj wietnamskie bary i knajpki znajdziemy nie tylko w metropoliach, ale w każdym polskim miasteczku.
Są dwa kraje na świeci e gdzie więcej jest restauracji wietnamskich niż chińskich. To Polska i Wietnam.
Tradycyjne polskie sajgonki
Nie pytajcie w Wietnamie o powszechnie znane nam „sajgonki”. Tam nazywają się „nem”. Ale wietnamscy poloniści- gastronomicy słusznie przewidzieli, że te robione z ciasta ryżowego pierogi strawniejsze będą dla polskich konsumentów pod nazwą „sajgonek”. Choć smażyli je i sprzedawali zwykle Wietnamczycy z północnych regionów kraju, często urodzeni w Hanoi. Bo w Sajgonie, dzisiaj Ho Chi Minh City, nem nie należą do sztandarowych dań tego regionu.
Ale polscy Wietnamczycy znali już na tyle polską mowę, że wyczuli, iż „hanojki” nie zabrzmią jak „sajgonki”. I tak „sajgonki’ stały się częścią kuchni polskiej. Jak kołduny litewskie, karp po żydowsku, barszcz ukraiński.
Drugą wietnamsko- polską potrawą jest zupa Pho. Wymawia się „Fa”, jak popularne w kiedyś piosenkowe mydełko. Zupa znana jest już na całym świecie. Karierę swą zaczynała jako rosół biedaków. Gotowany na wołowych, czasem kurzych kościach. Do tego cienki makaron ryżowy, zwany pho, albo bun, i do tego wszystko co się wtedy w domu się znalazło. Taka zupa z wkładką.
W Wietnamie je się ją na obiad, ale też na śniadanie, i na kolację również. Rano daje energię na dzień cały, zwłaszcza kiedy człek skacowany jest po nocy. W południe, bo w Wietnamie obiad je się o dwunastej, wzmacnia na resztę dnia. A wieczorem wzmacnia człowieka na noc. W męskim slangu „pho” jest synonimem kochanki. Na żonę mówi się wtedy „ryż”.
W Polsce zupę Pho wylansowała młódź melanżująca po nocnych warszawskich klubach. Po wyczerpujących uciechach jeździła o czwartej rano na wietnamskie, otwierające się wtedy bazary. I w tych barach opychała się prawdziwą, bo gotowaną dla wietnamskiego ludu pracującego, zupą.
Dziś w Wietnamie zjemy przeróżne warianty „Pho”. Od serwowanych w barkach na ulicach, spróbujcie koniecznie, po szpanerskie, hotelowe restauracje. W Polsce też nietrudno o knajpy serwujące taką zupę. Taką bardziej w wietnamskich smakach i te bliższe polskich rosołków.
Trójcę wietnamsko- polskiej kuchni uzupełniają znane wszystkich polskim studentom zupki firmy VIFON. Czyli suszony makaron, oparty na pomyśle japońskiego inżyniera, zalewany wrzątkiem. I uzupełniany dodatkami smakowymi. Kreatywni mogą zrezygnować z części dołączonych dodatków i uzupełnić , jak w zupie Pho, tym co lubią lub akurat w domu mają. Dzięki tym zupkom , za złotówkę jeszcze niedawno, tysiące polskich studentów przeżyło lata studiów.
Niestety te wietnamskie zupki, oparte na japońskim pomyśle, w Polsce zwane są „chińskimi’ .
To wielki grzech polskiej ignorancji.
Czemu ?
Wyjaśnię to w kolejnym odcinku wietnamskiego serialu.

  • Autor jest wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaźni Polsko- Wietnamskiej „Przyszłość”.
Komentarze (0)

Zostaw komentarz

Your email address will not be published.

© 2020 Dziennik Trybuna. All Rights Reserved.

Do góry